Nowy Jork – wyjątkowa metropolia

Zobaczyć Nowy Jork – to zawsze było marzenie moje i mojego 16-letnego syna.

Któż nie chciałby zobaczyć tych wszystkich miejsc, które „grają” w niezliczonych filmach i serialach, poczuć atmosfery tego, według jednych strasznego, według innych pięknego miejsca.

Z uwagi na zajęcia szkolne mojego syna lista możliwych terminów wyjazdu była ograniczona, do tego założyłem, że najprzyjemniej jest zwiedzać amerykańską metropolię w miesiącach cieplejszych, czyli od kwietnia do października. Ostatecznie padło na ubiegłoroczną Majówkę.

Okazało się, że był to bardzo dobry wybór, bo co prawda na przełomie kwietnia i maja pogoda w Nowym Jorku jest zmienna, a poranki bywają chłodne, jednak położenie na szerokościach geograficznych Hiszpanii, czy środkowych Włoch sprawia, że „śródziemnomorskie” słońce szybko rozgrzewa nowojorskie powietrze. Dzięki temu większość dni była słoneczna, a mimo około 10 stopni Celsjusza rano, wczesnym popołudniem nierzadko temperatura sięgała 28-30 stopni.

Kiedy już termin podróży był zaplanowany, pozostały dwie najważniejsze kwestie – loty i noclegi.

Dość szybko okazało się, że loty z polskich lotnisk do najtańszych nie należą, pozostało więc poszukiwanie połączeń z nieodległych lotnisk zagranicznych. Okazało się, że najkorzystniejsze cenowo loty dostępne są z lotniska Berlin-Brandenburg (czyli nowego berlińskiego portu lotniczego).

Najkorzystniejszą ofertę lotu na trasie Berlin – Nowy Jork – Berlin w pasujących mi terminach znalazłem na stronie United Airines. Był to lot z przesiadkami, ale to akurat nie stanowiło problemu, ani dla mnie, ani dla mojego syna. I tak ostatecznie zarezerwowałem lot do Nowego Jorku z przesiadkami we Frankfurcie i Montrealu, a w drodze powrotnej z przesiadką w Brukseli.

Loty tylko formalnie obsługiwały linie United. De facto lecieliśmy 5 liniami lotniczymi (wszystkie należą do tego samego aliansu lotniczego, dlatego możliwy był zakup wszystkich pięciu biletów przez United Airlines) – lot Berlin-Frankfurt spędziliśmy na pokładzie samolotu z logo Lufthansy, do Montrealu lecieliśmy Air Canada, a dalej do Nowego Jorku liniami Air Canada Jazz. W drodze powrotnej przez ocean przewiózł nas United Airlines, a z Brukseli do Berlina lecieliśmy liniami Brussels.

Lot via Kanada okazał się ciekawym doświadczeniem, gdyż – wbrew opowieściom o długim oczekiwaniu w kolejkach do urzędników imigracyjnych po przylocie do Stanów Zjednoczonych, dzięki lotowi przez Kraj Klonowego Liścia, odprawa paszportowo-imigracyjna okazała się szybka i – ku mojemu zaskoczeniu – została przeprowadzona w całości już w Kanadzie. Tymczasem na lotnisku Newark z samolotu wyszliśmy wprost do terminalu (bez kolejnej odprawy).

Lądowanie w Kanadzie – mimo, że nie wchodziliśmy formalnie na terytorium Kanady – wiązało się z wypełnieniem online tzw. druku ETA (odpowiednik amerykańskiego ESTA) i uiszczenie opłaty w wysokości 7 dolarów kanadyjskich. Jednakże zezwolenie na wjazd do Kanady na podstawie zaakceptowanego ETA obowiązuje 5 lat, a więc zawsze jest możliwość jego wykorzystania.

Co do pobytu w Nowym Jorku – samo miasto jest drogie, tak noclegi jak i wyżywienie.

Niewiele tańsze są hotele, mieszkania, apartamenty, czy hostele po drugiej stronie rzeki Hudson,
w New Jersey i w leżących poza granicami miasta hrabstwach na wyspie Long Island.

Taniej jest w miejscach bardziej oddalonych do Manhattanu, jednakże w przypadku hoteli położonych w New Jersey lub na Long Island 30-50 km od serca metropolii, pojawiał się problem z dojazdem na Manhattan. Do tego często były to miejsca na obrzeżach miast, przy autostradach – generalnie: nieciekawe, z trudnym dojazdem dla niezmotoryzowanych turystów i oddalone od sklepów, czy restauracji, których bliskość była ważna dla nas, gdyż strawę zapewnialiśmy sobie sami.

I tu z pomocą przyszła jedna z wyszukiwarek noclegów, która znalazła nam wyjątkowo tanią propozycję – pokój w domu  w miasteczku Mount Vernon, sąsiadującym od północy z Nowym Jorkiem.

Znalezienie noclegu w domu w Mt. Vernon było jak szczęśliwych traf, bo łączył on kilka zalet: dom leżał około 500 metrów stacji kolejki Metro North, którą w 25 minut można było dojechać na dworzec Grand Cental leżący w sercu Manhattanu, do tego samo miasto okazało się ciekawym miejscem – przypominało miasta europejskie: w centrum było kilka dyskontów (nie wielkich WalMartów, lecz sklepów typu Lidl, czy Biedronka), a także mniejszych sklepików i restauracji. Wzdłuż ulic Mt. Veron przeważają stare, na oko stuletnie, budynki, stąd miasto odległe jest od wyobrażeń o nieciekawych amerykańskich miejscowościach, z wymarłym centrum, otoczonych wianuszkiem przedmieść, gdzie nie ma nic, poza setkami domów jednorodzinnych.

Mount Vernon ma swoją atmosferę – większość mieszkańców stanowią Afroamerykanie i mówiący śpiewną portugalszczyzną Portugalczycy i Brazylijczycy.

Mount Vernon
Mount Vernon East – stacja kolejki MetroNorth

Plan na zwiedzanie Nowego Jorku przygotowywałem klika tygodni, a w planowaniu pomogła mi… sieć metra w Nowym Jorku.

Metro nowojorskie – wbrew negatywnym opiniom – wcale nie jest brudne i śmierdzące. Jest takie jak większość tego typu kolejek w innych miastach: bywa zatłoczone, jest wielobarwne, bywa duszne, miejscami jest zaniedbane, ale jest też doskonale zorganizowane, szybko można opanować system oznaczeń, stacji jest tak dużo, że prawie wszędzie można dotrzeć metrem. Metro wraz z  pozostałymi liniami kolejowymi sieci MTA (Metropolitan Transportation Authority), tj. MetroNorth i Long Island Rail Road (LIRR) jest prawdziwym krwioobiegiem metropolii.

Planując wyjazd założyłem, że nasza wyprawa nie będzie bieganiną w celu zaliczenia kolejnych atrakcji, że będziemy zwiedzać miasto tak, by poczuć jego rytm, zajrzeć w zaułki.  To dlatego nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, co planowaliśmy. Z tego też powodu wracaliśmy kilkukrotnie do Central Parku – tam życie metropolii zwalnia, nowojorczycy i turyści odpoczywają na kocach rozłożonych na wielkich trawnikach lub siadają na ławkach parkowych i chłoną magię tego miejsca. Ludzie wszystkich ras, wielojęzyczny i multietniczny tłum zajada hot-dogi, gra w frisbee, czyta książki, słucha muzyki.

Central Park

Nowy Jork nie jest już miastem z filmów kryminalnych sprzed 30 lat, gdzie gangsterzy załatwiali swoje porachunki w śmierdzących rybami magazynach nad rzeką Hudson. Dziś te miejsca, takie jak Meatpacking District, czy Tribeca, stały się urokliwymi zaułkami wypełnionymi budynkami z czerwonej cegły, pełnymi kafejek i barów.

Pełne monumentalnych wieżowców Midtown, czyli część Manhattanu na południe od Central Parku, a na północ od 14 Ulicy, sprawia niesamowite wrażenie. To tu znajduje się większość budynków, które od dziesięcioleci pojawiają się w filmach – Chrysler Building, Rockefeller Center, Carnegie Hall, dworzec Grand Central Terminal, czy niekoronowany król Manhattanu – Empire State Building.

Dworzec Grand Central Terminal

Jednakże moim zdaniem duszę Nowego Jorku czuć gdzieindziej: na Upper West Side – pośród jej ceglanej zabudowy, na jej ulicach pełnych domów z charakterystycznymi kamiennymi schodami, na pełnym sklepów Soho, gdzie kamienice zaopatrzono w znane z filmów schody przeciwpożarowe, a na rogach ulic mieszkańcy i turyści siedzą w kawiarnianych ogródkach, na kolorowej Tribece, w Greenwich Village, czy Chelsea, gdzie stare magazyny zmieniono w pasaże pełne lokalnych knajpek i sklepików z pamiątkami.

Jedna z ulic na Upper West Side

Tribeca to dawna dzielnica handlowo-magazynowa, która stała się mekką artystów. Dzielnicę rozsławił m.in. Robert DeNiro, który organizuje tam festiwal filmowy (Tribeca Film Festival). Aktor założył tam także studio filmowe TriBeCa Productions.

Tribeca

Poruszanie się po Manhattanie ułatwia nazewnictwo ulic, a właściwie ich numeracja. Wiadomo bowiem, że równoleżnikowo biegną ulice, których numeracja rośnie ze wschodu na zachód, natomiast „wzdłuż” wyspy biegną południkowo aleje – te o najniższych numerach są na południowym cyplu Manhattanu, a te o najwyższych – na północnym jego krańcu.

Niektóre nazwy dzielnic Nowego Jorku są skrótowcami, w których zaszyfrowano informację o położeniu dzielnicy. Na przykład Tribeca to skrót od słów Triangle Below Canal Street, co oznacza „trójkąt (ulic) poniżej Canal Street”, także nazwa SoHo jest skrótem – ukryto w niej „dane lokalizacyjne” dzielnicy: South of Houston Street (na południe od Houston Street). Podobnie jest z nazwą Dumbo (o czym w dalszej części tekstu).

Swoją drogą określenie „dzielnica”, której używam opisując takie miejsca jak Tribeca, czy Upper West Side, właściwie powinno brzmieć „sąsiedztwo”. Nowojorczycy bowiem dla takich mniejszych, często tradycyjnych, a nie administracyjnych, jednostek używają określenia „neighborhood”, które można przetłumaczyć właśnie jako sąsiedztwo. Tymczasem Manhattan i pozostałe cztery nowojorskie „wielkie dzielnice” – Queens, Bronx, Brooklyn i Staten Island to tzw. „boroughs” (czyli dzielnice, czy gminy, będące zarazem hrabstwami stanu Nowy Jork). Samo słowo trudno przetłumaczyć, gdyż w różnych krajach anglojęzycznych może być nazwą określającą różne jednostki samorządu terytorialnego – gminę, miasto, czy dzielnicę.

Soho na Manhattanie

No właśnie… Nowy Jork to nie tylko Manhattan.

Mnie uwiódła swym nieodpartym urokiem część Brooklynu leżąca na południe od Mostu Brooklińskiego – tzw. Brooklyn Heights. Ta spokojna, pełna ceglanych, niewysokich budynków część Nowego Jorku jest na wskroś małomiasteczkowa, mimo, że w pobliżu znajduje się centralna część Brooklynu, zawsze zatłoczone mosty Brookliński i Manhattan Bridge, a w oddali widać manhattański Downtown, pełen wysokościowców.

Brooklyn Heights
Brooklyn Heights – dom, w którym mieszkał Truman Capote

Stąd – z kładki w Parku Squibb – roztacza się jeden z najlepszych widoków na Dolny Manhattan, w tym na budynek One World Trade Center, i na Brooklyn Bridge. To tu na spokojnych uliczkach, można poczuć się jak na planie filmu – pośród pięknych, ale skromnych budynków, małych kafejek i niewielkich sklepików, czy piekarni.

Kładka Squibb Parl Bridge na Brooklynie, z której rozciąga się piękny widok na Dolny Manhattan, w tym na wieżę One World Trade Center

Całkiem inaczej jest na pobliskim Dumbo.

Historczny Dystrykt DUMBO – ulica York

To bardzo popularne wśród turystów miejsce, zawdzięcza swą sławę ikonicznemu widokowi na Manhattan Bridge spomiędzy budynków na Washington Street. Miejsce to często pojawia się w filmach, a najbardziej znane jest z plakatu będącego reklamą filmu „Dawno temu w Ameryce”. 

DUMBO – Washington Street i ikoniczny widok na most Manhattan Bridge

Okolica, która kiedyś była typowo przemysłową częścią Brooklynu, dziś jest jednym z ulubionych punktów tak wśród turystów, jak i wśród nowojorczyków – okoliczne budynki stały się apartamentowcami i hotelikami, sporo tu knajpek, a nabrzeże nad East River zapewnia doskonałe widoki na Manhattan, w tym „ten” widok, który tak często pojawia się w relacjach z Nowego Jorku, w scenach filmowych, a nawet na fototapetach: Brooklyn Bridge, Manhattan Bridge, a między nimi Manhattan z błyszczącą wieżą One World, w miejscu dwóch wież WTC. Dumbo to nie tylko dwa mosty i piękny widok, ale i park na nabrzeżu, który ciągnie się na południe, aż po Most Brookliński i dalej do Brooklyn Heights i wspomnianej wcześniej kładki Squibb Park Bridge.

Nazwa tej okolicy jest często zapisywana dużymi literami, gdyż stanowi ona akronim Down Under the Manhattan Bridge Overpass, co wskazuje na położenie tej części Brooklynu poniżej mostu Manhattan Bridge.

Zatłoczony Nowy Jork można zobaczyć na Piątej Alei, Lexington Avenue, w okolicach 42 Ulicy, a także w trakcie przejażdżki kolejką linową na Wyspę Roosevelta leżącą na East River. Kolejkę zbudowano równolegle do Mostu Queensboro, do którego prowadzi kilka ulic po jego manhattańskiej stronie, a ulice te, podobnie jak sam most, są ciągle zakorkowane.

Most Queensboro – zawsze zatłoczona przeprawa z Manhattanu na Queens przez Wyspę Roosevelta

Inną perspektywę miasta, a właściwie sporej części aglomeracji nowojorskiej, zobaczyliśmy z darmowego promu na Staten Island. Ta, położona po drugiej stronie Zatoki Nowojorskiej, dzielnica połączona jest ze stałym lądem mostami, jednakże mosty te to przeprawy do New Jersey oraz na Brooklyn (słynny most Verrazano-Narrows). Natomiast odległość do Manhattanu położonego po na przeciwległym krańcu zatoki sprawiła, że z tą dzielnicą Staten Island skomunikowano wyłącznie za pomocą transportu wodnego.

Dolny Manhattan – terminal promowy (przystanek początkowy darmowej przeprawy na Staten Island)
Charakterystyczny pomarańczowy prom – jeden z flotylli promów pływających pomiędzy Manhattanem i Staten Island

Zatoka Nowojorska, a właściwie jej „górna cześć” (tzw. Upper New York Bay) to duży akwen wodny, otoczony z trzech stron przez miasto Nowy Jork – od wschodu Brooklyn,  od północy Manhattan, a od południa Staten Island. Wschodni brzeg zatoki to także aglomeracja nowojorska, ale już nie miasto Nowy Jork, ani nawet stan Nowy Jork – te tereny leżą już w stanie New Jersey.

Z pomarańczowych statków linii Staten Island odpływających z Staten Island Ferry Terminal na południowym krańcu Manhattanu, widać doskonale wysokościowce manhattańskiego Downtown, ale także: Most Brookliński, a za nim Manhattan Bridge, nabrzeża Brooklynu, w tym rude, ceglane kamienice Brooklyn Heigts, a także wieżowce Brooklyn Downtown, czyli powstającej po drugiej stronie East River alternatywie dla Manhattanu. Kiedy po zachodniej stronie zatoki coraz lepiej widać Statuę Wolności, na wschodzie powoli przesuwa się dawniej należąca do amerykańskiej armii wyspa Governors Island – dziś miejsce wypoczynku nowojorczyków. W miarę zbliżania się do Staten Island można uzmysłowić sobie wielkość tej wyspy. Ta, czasem nieco zapomniana, dzielnica Nowego Jorku, niefunkcjonująca w powszechnej świadomości jako część miasta tak mocno jak Manhattan, Bronx, Queens i Brooklyn, jest najbardziej małomiasteczkowa i najmniej zaludniona, ale jest znacznie większa niż Manhattan, czy Bronx (powierzchniowo ustępuje wyłącznie Brooklynowi i Queens).

Z promu widać także wielki Most Verrazzano-Narrows łączący Staten Island z Brooklynem. Na Staten Island warto popłynąć choć na chwilę, żeby zobaczyć ten nieco inny Nowy Jork, a także zobaczyć Manhattan i Brooklyn z bardziej odległej, ale również zachwycającej perespektywy.

Staten Island – w oddali Manhattan

Nowy Jork cały czas się zmienia. Powstają nowe budynki, dawne portowe nabrzeża przekształcane są w parki, stare wieżowce zastępowane są przez nowe, kolejne kwartały ulic pięknieją.

Jednym z nowych miejsc Manhattanu jest okolica zwana Hudson Yards – jak sama nazwa wskazuje znajduje się ona w miejscu dawnych doków nad rzeką Hudson. W ich miejscu powstały nowe drapacze chmur i inne nowoczesne budynki, z których najciekawsze są: wieżowiec Edge – jeden z najwyższych budynków Nowego Jorku, którego główną atrakcją jest wielki, trójkątny, wystający poza fasadę wysokościowca taras, z którego rozciąga się niesamowity widok na całe miasto oraz sąsiednie miasta po drugiej stronie rzeki Hudson.

Wieżowiec Edge w kompleksie Hudson Yards

Innym ciekawym budynkiem (?) jest Vessel, czyli wielki kosz, którego ściany są ciągiem przeplatanych kładek – niestety, w czasie naszego pobytu w Nowym Jorku zamknięty, gdyż kładki stały się popularnym miejscem wśród… samobójców (w związku z tym zdecydowano o montażu dodatkowych zabezpieczeń).

Vessel na Hudson Yards

Nieopodal Hudson Yards jest inna atrakcja Nowego Jorku – deptak High Line.

High Line jest nietypowym deptakiem – powstał kilkanaście metrów nad poziomem ulic na dawnej estakadzie kolejowej. Dzięki temu spacerując po High Line mamy możliwość spojrzenia na miasto z innej perspektywy –  znad ulic i z zapleczy budynków. High Line co chwilę się zmienia, bo twórcy deptaku miejscami wysiali na nim trawę, gdzieindziej zasadzili kwiaty lub niewielkie drzewka. Estakada jest też galerią sztuki pod gołym niebem – można się tu natknąć na rzeźby, a ściany budynków zdobią wielkie murale. Są miejsca, gdzie idziemy po szerokiej promenadzie, ale bywa też, że High Line staje się wąskim chodnikiem pośród krzewów.  To tu, to tam pozostawiono szyny – pozostałość po linii kolejowej West Side Line, zadbano także o punkty widokowe umieszczone w osiach ulic, co powoduje, że spacerowicze czują się jakby spoglądali na Nowy Jork okiem kamery umieszczonej nad sunącymi pojazdami.

High Line ma ponad 2,3 km długości, ale estakadę można opuścić w wielu miejscach – co kilkadziesiąt metrów bowiem znajdują się schody prowadzące na poziom ulicy.

Jedno z zejść z High Line mieści się w dzielnicy Chelsea, gdzie w budynkach dawniej należących do kompleksu fabrycznego National Biscuit Company powstał Chelsea Market, czyli targ pod dachem pełny sklepików z pamiątkami (częściej rękodzieło niż „chińszczyzna”), kafejek i knajpek, gdzie można zjeść nowojorskich specjałów.

Chelsea Market

Chelsea graniczy z Meatpacking District – kolejną okolicą, która w XXI wieku zmieniła oblicze. Sama nazwa mówi nam, czym był kiedyś Meatpacking District – lata temu mieściły się tu magazyny, w których pakowano mięso. Dziś to modna dzielnica handlowa, pełna kawiarń i restauracji umieszczonych nierzadko w dawnych halach magazynowych przy brukowanych ulicach.

Manhattan kojarzy się z wieżowcami. Kilka z nich pozwala nam spojrzeć na miasto z góry.

Główne punkty widokowe mieszczą się na najwyższych piętrach Empire State Building, One World Trade Center, Rockefeller Center (tzw. Top of the Rock), Edge oraz One Vanderbildt. Większość z nich jest warta odwiedzenia, bo daje możliwość spojrzenia na miasto z różnych perspektyw.

Chrysler Building – widok z Empire State Building
Empire State Building, Midtown

I tak: Empire State Building warto odwiedzić, bo… to budynek-legenda, wadą Empire State jest to, że nie widać z niego… Empire State, za to doskonale widać m.in. nieodległy budynek Chryslera, wieżowce w Hudson Yards i częściowo Central Park. Z Top of the Rock najlepiej widać Central Park i Empire State Building, Edge ma natomiast dwie zalety – zewnętrzny taras zapewniający zapierający dech w piersiach widok niemalże wkoło, doskonale także widać Empire State Building. One World Trade Center leży niemalże na południowym cyplu Manhattanu, dlatego widok z najwyższego budynku USA jest zupełnie inny niż z pozostałych czterech wieżowców: stąd nie widać dokładne Midtown, za to z One World Observatory doskonale widać Brooklyn, mosty Brookliński i Manhattan Bridge, spory kawałek New Jersey, cały Brooklyn, a także całą Górną Zatokę Nowojorską wraz ze Statuą Wolności, Staten Island i zamykającym zatokę Mostem Verrazzano-Narrows.

Widok z One World Observatory (wieżowiec One World Trade Center) na Zatokę Nowojorską

Manhattan – poza drapaczami chmur dzięki którym można zobaczyć Nowy Jork i spory skrawek New Jersey niemalże z lotu ptaka i to z wielu perspektyw, ma też inne skarby. Skarbem metropolii jest jej różnorodność – wbrew powszechnemu przeświadczeniu, że Nowy Jork, a w szczególności  Manhattan, to las wieżowców, to miasto pełne parków, urokliwych kamienic, ciekawych zaułków, budynków, pięknych nabrzeży. To także miasto wielobarwnego, multietnicznego tłumu, gdzie ludzie różnych ras i różnego pochodzenia normalnie rozmawiają ze sobą w kolejce wiozącej ich z miast w New Jersey na Manhattan, gdzie pasażerowie o różnym statusie społecznym tą samą kolejką podmiejską dojeżdżają do domów na Bronxie, w Mount Vernon, Stamford, czy leżącym już w Connecticut mieście New Haven.

Na Manhattanie, czy na Brooklynie mamy małe Włochy, obok małych Chin w Chinatown, koreańskie knajpki sąsiadują z arabskimi, japońskie sushi bary z prowadzoną przez Meksykanów włoską pizzerią, a polski Greenpoint wraz z żydowskim Williamsburgiem powoli stają się najmodniejszymi częściami Brooklynu.

Wśród skarbów Nowego Jorku są też muzea.

Niestety Muzeum Guggenheima w czasie naszego pobytu było częściowo zamknięte. Udało nam się natomiast zobaczyć Muzem Historii Naturalnej, MoMA (Muzeum Sztuki Nowoczesnej) oraz MET, czyli Metropolitan Museum.

Pierwsze z muzeów – znane między innymi z filmu „Noc w muzeum”, to wielki zbiór eksponatów dotyczących fauny i flory Stanów Zjednoczonych i świata, wspaniałe, przyjazne zwiedzającym i nieco magiczne miejsce.

Muzeum Historii Naturalnej

MoMA jest już z „zupełnie innej bajki” – to muzeum sztuki nowoczesnej, tutejsze wystawy bywają więc nietypowe, co nie oznacza, że nie są zachwycające.

Dzieło Andy’ego Warhola w MOMA

MET to natomiast leżący przy Piątej Alei, na skraju Central Parku, wielki gmach, znany między innymi z tzw. MET Gali, a także z niezliczonych filmów, gdyż filmowcy najwyraźniej lubią kręcić sceny filmowe w tych pięknych i przestronnych przestrzeniach.

Słynne schody w MET znane z wielu filmów oraz m.in. z MET Gali

Wszystkie te muzea wiele zawdzięczają sponsorom, czego wyrazem są wszechobecne tabliczki
z informacjami, kto ufundował daną część wystawy, przekazał zbiory, albo czyjego imienia jest dana sala, galeria, czy skrzydło.

Większość z miejsc, które widzieliśmy w Nowym Jorku – tak muzea, jak i wysokościowce, nabrzeża, mosty, czy parki, a także stacje metra, wagony kolejki podmiejskiej – sprawiała wrażenie znajomych, odwiedzanych nie pierwszy raz. To dzięki filmom i serialom – Nowy Jork, a w szczególności Manhattan, tak często pojawia się na wielkim i szklanym ekranie, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pierwszy raz w NYC, to powrót do znanych miejsc.

Opuszczaliśmy Nowy Jork z przekonaniem, że jeszcze tam wrócimy, tym bardziej, że miasto jest doskonałą bazą wypadową do zwiedzania innych wielkich miast wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, a także reszty USA. Informacja, że z trzech lotnisk aglomeracji nowojorskiej (JFK, Newark i La Guardii) można dolecieć niemalże do każdego zakątka Stanów, nie jest żadnym odkryciem, natomiast warto pamiętać, że Nowy Jork jest także doskonale skomunikowany z pozostałymi aglomeracjami północnego wschodu USA drogą lądową i nie chodzi tu tylko o sieć autostrad, ale także gęstą sieć połączeń autobusowych i kolejowych.

Kolej w USA nie jest najpopularniejszym sposobem przemieszczania się po kraju – sieć kolejowa w Stanach Zjednoczonych nie jest gęsta, a Amerykanie chętniej wybierają podróż samolotem lub samochodem. Północno-wschodnie stany, a w szczególności aglomeracja nowojorska stanowią tu wyjątek – tu sieć kolejowa jest doskonale rozwinięta, a podróże koleją popularne.

Warto zwrócić uwagę, że Nowy Jork jest doskonale skomunikowany z sąsiednimi stanami, np. takimi miastami jak New Haven (siedziba Uniwersytetu Yale), a także m.in. w Filadelfią (nieco ponad godzinę pociągiem), Baltimore (ok. 3 godzin), Waszyngtonem (ponad 3 godziny) i Bostonem (4-5 h).

Z uwagi na powyższe Nowy Jork z pewnością jeszcze nas będzie gościł, choćby na kilka dni.

Dalej niż koniec Wietnamu

O wyspie Phú Quốc można powiedzieć, że leży dalej niż koniec Wietnamu. Gdyby mieszkaniec leżącej na północy stolicy – Hanoi, postanowił wybrać się na tę wyspę, musiałby przejechać cały swój wąski i podłużny kraj, aż do jego końca, czyli nad Zatokę Tajlandzką w pobliżu granicy w Kambodżą, ale tam nie dawać za wygraną, nie przejmować się, że to już koniec wietnamskiej części kontynentu azjatyckiego, lecz udać się statkiem lub promem dalej na zachód.

Tam czeka rajska wyspa.

Wietnam wraz z Phu Quoc

Z Phu Quoc bliżej jest do Kambodży niż do Wietnamu. Wietnamską wyspę dzieli ledwie kilka kilometrów od kambodżańskiej wysepki Koh Seh i kilkanaście od wybrzeża Kambodży. Tymczasem ojczysty wietnamski brzeg jest minimum 30 km od wschodnich plaż wyspy. To położenie sprawia, że na niektórych mapach Phu Quoc ma tą samą barwę, co Kambodża, co sugeruje, że jest częścią tego kraju i nie podlega władzom w Hanoi. Tymczasem mimo niewielkiej odległości, okazuje się, że między wietnamską wyspą a kambodżańską częścią kontynentu azjatyckiego nie kursują statki pasażerskie, którymi turyści i tubylcy mogliby pokonać niewielką cieśninę dzielącą wietnamski Phu Quoc i kambodżańskie królestwo.

Dwaj azjatyccy sąsiedzi najwyraźniej się nie lubią… by dotrzeć z wyspy do Kambodży trzeba odbyć wielogodzinną podróż na stały, wietnamski ląd, udać się na lądowe przejście graniczne i stamtąd przejechać kilkadziesiąt kilometrów przez Kambodżę, dojechać na przeciwległy brzeg cieśniny, …by w końcu spojrzeć na Phu Quoc z kontynentu. Chłodne stosunki pomiędzy dwoma azjatyckimi sąsiadami przestają dziwić, kiedy poznajemy współczesną historię największej wietnamskiej wyspy – otóż jeszcze 40 lat temu wyspa była okupowana przez komunistyczną wówczas Kambodżę, a i wcześniej często była kością niezgody pomiędzy Wietnamem i Kambodzą. Ale dość o historii…

Phu Quoc leży w Zatoce Tajlandzkiej, a więc tej samej, co tajska wyspa Ko Samui i kurort Pattaya. Wietnamska „Żyzna Wyspa” (to ponoć oznaczają słowa „phú quốc„) ma kształt wydłużonego, odwróconego ku południu trójkąta – z północy na południe ma nie więcej niż 50 km, a ze wschodu na zachód max. 25 km. Nie jest to więc mała wysepka, ale też żaden z niej oceaniczny gigant. Jej rozmiary sprawiają, że wyspę łatwo zwiedzić nie pomijając głównych atrakcji, a i czasu na odpoczynek pozostanie sporo.

Wyspa jest oddalona o niecałą godzinę lotu od Sajgonu (Ho Chi Minh City), połączenia obsługiwane są przez tanie linie lotnicze z Południowo-Wschodniej Azji, a także przez narodowego przewoźnika – Vietnam Airlines. Z usług tego ostatniego przewoźnika mieliśmy przyjemność skorzystać.

Nad Zatoką Tajlandzką

Ku naszemu zaskoczeniu linia Sajgon – Phu Quoc jest obsługiwana przez duże (jak na tak krótką trasę) samoloty – Airbusy A321. Widać, że Wietnamczycy, w szczególności ci z pobliskiej metropolii sajgońskiej, chętnie odwiedzają swoją tropikalną wyspę. Kształt wyspy sprawia, że lądując na Phu Quoc odnieść można wrażenie, iż pas startowy zaczyna się niedaleko plaż na jednym brzegu, a kończy się w pobliżu drugiego brzegu. Terminal jest duży, nowy i… dość pusty. Widać, że wyspa dopiero staje się popularnym celem turystów.

Sporą część Phu Quoc zajmuje dżungla, w większości objęta ochroną w ramach parku narodowego. Pozostała część wyspy jest dość gęsto zaludniona (ludność wyspy to ponad 100.000 mieszkańców).

Nadmorska dżungla na Phu Quoc

Wyspa jest dystryktem (odpowiednik naszego powiatu), w ramach prowincji Kiên Giang (pozostała część prowincji leży na stałym lądzie). Stolicą dystryktu jest niewielkie miasto Dương Đông (ok. 20.000 mieszkańców), położone na zachodnim brzegu wyspy. Właśnie niemal za rogatkami Duong Dong w hotelu Richis zamieszkaliśmy w trakcie pobytu na wyspie.

Richis Beach Resort – w kolonialnym stylu….

W Duong Dong próżno tu szukać imponujących zabytków, większość budynków powstało w ostatnich kilkudziesięciu latach. Panuje tu jednak prawdziwy dalekowschodni zgiełk, a miejscowość nie ma w sobie nic z kurortu nastawionego na Europejczyków i Amerykanów. To zwykłe wietnamskie miasto, pełne kramików i sklepików, ludzie tu handlują wszędzie i wszystkim. Turyści to głównie Wietnamczycy (pewnie z Hanoi i Sajgonu) i trochę Chińczyków. Ruch uliczny jest tu spory, ale tylko w centrum Doung Dong, poza centrum jest zupełnie inaczej niż w zatłoczonym Ho-Chi-Minh City – nieliczne samochody i skutery niespiesznie przemierzają wyspiarskie drogi.

Mały ruch uliczny sprawia, że popularny na wyspie jest wynajem skuterów. Turyści mogą bezpiecznie wybierać się na przejażdżki bez obaw, że utkną w środku motocyklowego chaosu typowego dla wielu dalekowschodnich miast.

Phu Quoc to spokojne miejsce. Wyspa nie została jeszcze opanowana przez tabuny turystów. Poza stolicą wyspy większość domostw to niewielkie jednoizbowe ceglane chatki, bez frontowych ścian. W tym klimacie ściany nie są potrzebne… Wietnamczycy odpoczywają od upałów pod dachami tych mieszkalnych wiat, najczęściej na rozwieszonych pomiędzy metalowymi filarami hamakach.

Najpiękniejszym miejscem w mieście jest skalisty cypel u ujścia zatoki portowej, zwieńczony biało-niebieską latarnią morską. Po między skałami, u stóp latarni kryje się niewielka, piękna świątynia Dihn Cau.

Skały u wyjścia z portu Duong Dong
Port w Duong Dong
Latarnia morska w Duong Dong
Świątynia Dinh Cau (na cyplu u wyjścia z portu w Duong Dong)

Poza miastem, na zboczach wzgórz, wśród soczystej zieleni i niewielkich domów kryje się inna świątynia – Hong Long wraz pagodą Su Muon.

Szczęśliwy Budda
W świątyni Su Muon

Świątynia jest niesamowicie kolorowa, a wiernych i turystów wita uśmiechnięty, kolorowy Szczęśliwy Budda. Świątynia mieści się w ogrodzie tonącym w soczystej zieleni tropikalnych roślin. Tu i ówdzie stoją bajecznie kolorowe postaci świętych i wcieleń Buddy, sama świątynia również mieni się feerią barw, może mniej krzykliwych niż te, które ogrodowe posągi, lecz za to uzupełnione kolorami drewna i złoceniami.

Phu Quoc to raj dla miłośników „plażingu” – drobny żółty, a miejscami niemalże biały piasek, plaże niezbyt szerokie, ale też niezatłoczone, a w wielu miejscach po prostu puste. Do tego czyste, ciepłe, choć czasami wzburzone morze (szczególnie od strony zachodniej).

Plaża w okolicach Duong Dong

Wśród plaż wietnamskiej wyspy za najpiękniejszą uznaje się plażę Sao (Sao Beach, po wietnamsku Bai Sao) na południowo-wschodnim krańcu Phu Quoc.

Z jednej strony to miejsce położone na uboczu – by dojechać na plażę, nasz hotelowy bus przedzierał się przez kilka kilometrów gruntową drogą (a grunt miał barwę niemal pomarańczową), wśród wiejskich domostw tubylców. Z drugiej – jako jedna z atrakcji wyspy – plaża bywa zatłoczona, szczególnie wieczorami, gdy staje się bazą wypadową dla organizowanych dla turystów polowań na kałamarnice.

Uroku plaży dodaje – poza drobniutkim, niemalże białym piaskiem – jej położenie: w zatoczce, w miejscu dość spokojnym, nieopanowanym przez „wielką turystykę”. Tu bieli piasku towarzyszy błękit nieba, lazur morza i wypływając zewsząd zieleń tropikalnej roślinności. O ile centralna część plaży opanowana została przez restaurację i punkty wynajmu sprzętu pływającego to z boku na plażę niemalże wlewa się zieleń dżungli. W oddali widać stateczki, które wieczorem służą turystom jako kutry w czasie polowań na kałamarnice.

Słynna plaża Sao Beach
Sao Beach

Sao Beach – przed polowaniem na kałamarnice

Zupełnie odmienny charakter ma inna atrakcja turystyczna wyspy Phu Quoc – Vinpearlland. To wielki kompleks rozrywkowy składający się z parku rozrywki, aquaparku na wolnym powietrzu oraz parki safari.

O ile park rozrywki nie zachwyca, to park wodny zapewnia sporo radości i ochłodę od tropikalnego żaru. Jednak prawdziwą atrakcją jest Vinpearl Safari.

lwica w Vinpearl Safari

Park Safari składa się z 2 części. Jedną zwiedza się kilkunastoosobowymi wózkami elektrycznymi. To część, którą zamieszkują łagodne zwierzęta, które stanowią zagrożenia dla ludzi. To jakby ZOO, które zwiedza się meleksem w wersji van. Druga część parku przypomina Jurassic Park. Wjeżdża się do niej żółtymi autobusami miejskimi ze specjalnie zabezpieczonymi drzwiami. Od reszty parku oddziela ją wysoki na kilkanaście metrów płot. Płot jest podwójny, a by dostać się do środka autobus przejeżdża przez dwie wielkie bramy, wypisz – wymaluj jak te z hollywoodzkiego hitu o dinozaurach.

Powód tych wszystkich zabezpieczeń jest prosty – w tej części parku mieszkają drapieżniki i inne zwierzęta, które mogłyby być dla przedstawicieli gatunku homo sapiens zagrożeniem.

Jadąc autobusem wśród tych zwierzaków, można odnieść wrażenie, że to my ludzie jesteśmy w klatce…

Przez środkową część wyspy przepływa strumień Trahn (ang. Trahn Stream). Ten niewielki ciek wodny spływa z gór w kierunku niewielkiej doliny, a po drodze przebija się między wielkimi, ciemnymi głazami tworząc niewielkie wodospady.

Nad strumieniem powstał park. Zdaje się, że to popularne miejsce odpoczynku tutejszych mieszkańców i wietnamskich turystów – po parku spaceruje wielu ludzi, ale niemal wszyscy mają dalekowschodnie rysy. Wiele rodzin rozkłada koce na wielkich głazach pomiędzy, którymi przebija się wieloma strużkami strumień Tranh. Jest tu niewielki bar, wiele ławeczek. Charakterystyczne dla tego miejsca są kolorowe rzeźby postaci i zwierząt. Jest m.in. „scenka rodzajowa” przedstawiająca kobiety nad strumieniem, jest jeździec (wojownik?) na koniu, stado pangolinów na wielkim głazie i tygrys (jak żywy!).

Więzienie Drzewa Kokosowego (The Coconut Tree Prison)

Phu Quoc to rajska wyspa. Niestety nawet ziemskie raje dotykają ziemskie problemy i tragedie. Symbolem tragicznych wydarzeń w historii wyspy jest Więzienie Drzewa Kokosowego (The Coconut Tree Prison). Więzienie założyła francuska administracja kolonialna. Po upadku francuskich Indochin i odzyskaniu przez Wietnamczyków niepodległości zostało ono przejęte przez rząd Wietnamu Południowego. W czasie wojny wietnamskiej Coconut Tree Prison zostało rozbudowane przez amerykańską armię, ale nigdy nie zostało przejęte przez USA, lecz pozostało pod zarządem rządu w Sajgonie, Coconut Tree Prisonjest de facto  obozem koncentracyjnym. Osadzeni w nim więźniowie mieszkali w barakach, a teren otaczały płoty z drutu kolczastego.

Jako, że tak w czasach kolonialnych, jak i w czasach istnienia niekomunistycznego Wietnamu Południowego oraz podczas wojny wietnamskiej, większość więźniów stanowili najwięksi przeciwnicy obu reżimów, czyli komuniści, władze komunistyczne zadbały, by odbudować Coconut Tree Prison i przedstawić w jakich warunkach żyli i jak byli traktowani osadzeni tu ludzie. Stąd w wiele tu manekinów przedstawiających postaci więźniów i strażników. Dzięki temu zwiedzający mogą zobaczyć jak przetrzymywano i torturowano więźniów

Coconut Tree Prison

Więźniowie

Dość nietypową atrakcją dla turystów jest psia farma Phu Quoc Dog Racing and Farm, na której organizowane są psie biegi. Farma znajduje się na skraju dżungli. Tutejsi przewodnicy oprowadzają turystów po lesie, w którym tu i owdzie znaleźć można zagrody dla psów. Mieszkańcami leśnej farmy są psy tutejszej rasy Phu Quoc ridgeback (zwane tutaj Phu Quoc dogs).

Głównym punktem wycieczki po farmie są zawody psów. Psy biegają po niewielkim terenie (mniejszym niż boisko szkolne), gdzie ustawiono labirynt płotów. Same pieski sprawiają wrażenie zadbanych i nie drażni ich ciągła obecność obcych ludzi.

Do wyspy Phu Quoc nie dotarła jeszcze turystyka na masową skalę. Dlatego mieszkańcy dla mieszkańców wyspy równie ważne (jeśli nie ważniejsze) póki co są inne gałęzie gospodarki.

Najważniejszym skarbem dla tubylców jest oczywiście morze. Bogactwo tutejszych wód można ujrzeć na targach w wioskach rybackich. Stoiska tam pełne są różnokolorowych stworzeń morskich – od ryb, po rozgwiazdy i ozdoby z koralowców. Feerię barw na targowiskach, dodatkowo wzbogacają setki odmian owoców tropikalnych oraz przyprawy.

rozgwiazdy
phuqockie targowisko

Wyspa, jak i kontynentalna część Wietnamu, to producent podstawowego składnika wielu wietnamskich dań – sosu rybnego.

W morze rodzą się także najpiękniejsze produktów wyspy – perły. Turyści mogą zwiedzić perłowe manufaktury, a także kupić perłową biżuterię. Ceny niektórych wyrobów z pereł sięgają miliardów… na szczęście nie dolarów, euro, ani złotych, lecz dongów wietnamskich.  Choć cena miliarda stu dwudziestu pięciu milionów dongów za naszyjnik pereł przeliczona na złotówki też jest znaczna – 1,125 mld VND to ok. 160.000 zł.

perły za miliard dongów 🙂

Na lądzie natomiast pełno jest plantacji pieprzu. Wietnam jest bowiem pieprzowym gigantem na skalę światową, a Phu Quoc zajmuje wysoką pozycję w rankingach TOP10 największych producentów pieprzu w Wietnamie.

Na plantacjach pieprzu stoją stragany, a na nich produkty danej plantatora – aż trudno uwierzyć, że istnieje tyle odmian  tej przyprawy.

Można powiedzieć, że wyspa Phu Quoc jest „tam, gdzie pieprz rośnie”. Dosłownie. :))))

 

„tam, gdzie pieprz rośnie…” 😉

Bali w trzech odsłonach

wulkan Agung

Planując wakacje na Bali postanowiliśmy nasz niemal 3-tygodniowy pobyt podzielić na 3 części i odwiedzić trzy różne części tej indonezyjskiej wyspy.

Odsłona pierwsza: ZA ROGATKAMI KURORTU

Sanur jest jednym z najważniejszych kurortów na Bali. Miasto położone jest na południowym wschodzie wyspy i stanowi część stołecznej aglomeracji Denpasaru.

Tymczasem na północ od miasta rozpoczynają się gęsto zaludnione tereny podmiejskie i wiejskie. Niewielu tam turystów, a wokół toczy się zwykłe balijskie życie. Tak jest w Padang Galak. To niewielka miejscowość zaraz za rogatkami Sanuru. Rozciąga się wzdłuż ulicy prowadzącej od głównej drogi na wschód wyspy do morza. Poza dwoma, może trzema warungami (restauracjami z lokalnymi potrawami)  i hotelikiem, nie ma tu innych atrakcji nastawionych na turystów. Jest natomiast pole kukurydzy, warsztaty i kramiki, małe skromne domki i większe domy, parking pełen autobusów oraz zakurzony nadmorski plac z dużym hinduistycznym ołtarzem.

Padang Galak koło Sanuru

W połowie ulicy stanowiącej oś Padang Galak, skrywa się boczna uliczka biegnąca stromo w dół ku niewielkiej świątyni ku czci boga Kriszny. W połowie ulicy jest brama, a za nią tonący w tropikalnej roślinności Tropical Bali Hotel.

Hotel jest prowadzony przez parę Francuzów, którzy od 6 lat mieszkają na Bali – Mattieu i Audrey Gierek. Nazwisko brzmi znajomo? Z pewnością 🙂 – przodkowie Mattieu przybyli do Francji z Polski. Nawet w małym Padang Galak można znaleźć polski akcent.

Tropical Bali Hotel jest to maleńki hotelik, który składa się z 3 budynków – dużych 2-kondygnacyjnych bungalowów (w dwóch z nich są po 4 pokoje z dużymi tarasami, a w trzecim – recepcja, biuro i bodajże 2 pokoje gościnne).

Większość gości hotelu to Francuzi, którzy najczęściej spędzają u Gierków po kilka dni, by potem ruszyć dalej w podróż po wyspie.

W hoteliku jest naprawdę uroczo – przytulnie, cicho. Dominuje brąz drewna, z którego zbudowano budynki, zieleń gęstej tropikalnej roślinności i błękit basenu.

Hotel nie ma własnej kuchni, ani restauracji, więc nie oferuje własnych posiłków, jednak można zamówić przeróżne dania, które pracownicy hoteliku przywożą z pobliskich warungów lub sanurskich pizzerii i restauracji. Śniadania (w cenie pobytu) co rano przynosi niemal bezgłośnie, na paluszkach obsługa hotelu (wg złożonych dzień wcześniej zamówień), zostawia na stole, na tarasie, a gdy wszystko jest gotowe, pracownicy hotelu niemal szeptem wypowiadają słowo „Breakfast!” …wielokrotnie, do skutku, póki nie są pewni, że goście hotelowi wstali.

Zaletą hoteliku jest położenie na uboczu, a zarazem blisko miasta. Około pół godziny pieszo od hoteliku (idąc ulicą i dalej brukowaną promenadą wzdłuż morza) zaczynają się sanurskie knajpki.

satay (indonezyjski szaszłyk)
plaża w kolorze wulkanicznego pyłu (w oddali Sanur)

Gdy wieś przechodzi w miasto, ciemny piasek ustępuje szerokiej jasnej plaży. Morze jest tu ciepłe i spokojne. Gdzieś w oddali nad wybrzeżem na północy majaczy zza mgiełki wulkan Agung. Na przeciw sanurskiej plaży widać zarys trzech należących administracyjnie do Bali wysepek: Penida, Ceningan i Lembongan.

Samo miasto jest pełne turystów, jednak miłośnikom mniej tłocznych miejsc wypada polecić właśnie te wyżej wspomniane trzy skrawki lądu po drugiej stronie cieśniny Badung.

Odsłona druga: TRZY NUSY

Wyspy Lembongan, Ceningan i Penida (po balijsku: Nusa Lembongan, Nusa Ceningan i Nusa Penida) przypominają okrągły owoc, od którego odcięto dwa plasterki i położono obok.

Owocem jest Penida – największa z trzech wysp. Ma ponad 200 km kw. i jest zamieszkana przez ponad 45.000 ludzi. Ceningan jest cienkim plasterkiem oddzielonym od Penidy wąską długa cieśniną, a Lembongan – zewnętrznym, nieco większym skrawkiem owoca (Lembongan ma ok. 8 km kw., a Ceningan ok. 5 km; na pierwszej wyspie mieszka ok. 5.000 osób, a na drugiej kilkaset). Najbliżej Bali położony jest Lembongan.

„3 Nusy” (widziane z Penidy)

Każda z wysp jest inna. Penida jest górzysta i gęsto zaludniona. Na wyspę można dotrzeć promem, dlatego pełno tu samochodów. Pozostałe wyspy nie mają połączenia promowego z Bali, więc nie ma na tych wyspach normalnych pojazdów. Brak połączeń promowych to chyba celowy zabieg władz prowincji Bali – samochody na wąskich uliczkach i drogach obu wysp skutecznie zakorkowałyby oba „plasterki” lądu.

Na Ceninganie są wyłącznie skutery, gdyż z Penidy nie można tam dotrzeć żadnym pojazdem (nie ma promu, ani mostu), a przeprawa z Lembonganu odbywa się tzw. Zółtym Mostem, na którym mieszczą się jedynie piesi i skutery.

Na na wyspie Lembongan poza wszechobecnymi skuterami można spotkać wózki elektryczne (indonezyjskie odpowiedniki naszych meleksów), którymi poruszają się turyści, a także mini ciężarówki marki Suzuki i Subaru, które pełną na wyspie funkcję autobusów.

lembongańskie „autobusy” 😉

Najłatwiejszym sposobem na dotarcie z Bali na wyspy jest podróż pasażerską łodzią motorową. Łodzie odpływają na Lembongan z przystani w Sanurze. Choć określenie „przystań” jest nieco na wyrost – łodzie odpływają z wydzielonej części plaży w Sanurze. Obsługa łodzi brodząc po kolana, a często i po pas, w wodzie, wnosi bagaże turystów na pokład unosząc je nad głowami. Sami pasażerowie zmagając się z falami docierają na łodzie w bród. 🙂

Wyspy wiele dzieli, ale łączy na pewno to, co zarazem odróżnia je od Bali – Bali tonie w bujnej tropikalnej roślinności, natomiast „trzy Nusy” są kamieniste i znacznie bardziej suche, roślinność jest tu znacznie uboższa, a zamiast zieleni, dominuje kolor żółty i beże. Można także odnieść wrażenie, że jest cieplej, a mgły i chmury spowijające stoki balijskich wulkanów prawie nigdy tu nie docierają.

drogowskaz na Lembonganie

Życie na Lembonganie skupia się w miejscowości Jungut Batu na północno-wschodnim wybrzeżu i w okolicach tzw. Żółtego Mostu, który łączy Lembongan z Ceninganem, a także wokół kilku zatoczek, gdzie powstały małe hoteliki, bungalowy i pensjonaty.

na Lembonganie

Przykładem takich turystycznych „przysiółków” są Tamarind Beach i Mushroom Beach, które powstały nad otoczonymi skałami zatoczkami i rozbudowały się wzdłuż wąskich dróg dojazdowych. Od morza w górę ciągną się wąskie uliczki pełne maleńkich hotelików (najczęściej składających się z kilku otoczonych tropikalną roślinnością domków i basenu), knajpek, warungów i sklepików – wszystko to w mikroskali, nie przytłacza i ma swój nieodparty urok.

najlepsza kafejka na Lembonganie 🙂

Naszą „bazą” na Lembonganie był niewielki Sanghyang Bay Villa.

Sanghyang Bay Villa to przytulny hotelik składający się z kilku domków leżących wokół basenu. Obsługa jest bardzo miła i pomocna, a miejsce jest spokojne, mimo że leży przy głównej uliczce Mushroom Bay. Obok Sanghyang Bay Villa jest hinduistyczna świątynia, a za nią nabrzeże i plaża.

świątynia w Mushroom Bay

Śniadania serwuje Sanghyang Bay Restaurant – to wspaniałe miejsce: pyszne posiłki plus widok na zatoczkę, plażę i Bali po drugiej stronie cieśniny. Pijąc poranną kawę można spoglądać na majestatyczną sylwetkę wulkanu Agung, największej góry wyspy Bali (poza stołami w knajpce jest też długi blat oparty o mur nabrzeża, kiedy jesz śniadania przed Tobą jest tylko plaża, morze….).

Lembongan jest pełen uroczych zatoczek. Niektóre z nich są spokojne, a inne – szczególnie te na południowo-wschodnim, otwartym na ocean wybrzeżu wyspy to miejsca, gdzie bezustannie rozgrywa się spektakl walki morza z lądem – fale z impetem wpadają w poszarpany, skalisty brzeg wzbijając wielkie pióropusze wody, piany i słonej mgiełki.

spokojna Tamarind Bay
Devil’s Tears (Lembongan)
skaliste wybrzeże na południowym wschodzie wyspy Lembongan

Na wschód od Bali leży kolejna wyspa z łańcucha Małych Wysp Sundajskich – Lombok. Trzy „Nusy” są tym miejscem w Prowincji Bali, z którego najbliżej na sąsiedni ląd, jednak na niedalekim wybrzeżu Lomboku nie ma portów i przystani (główny port leży dalej na północ). Poza tym cieśnina Lombok oddzielająca Lombok od Bali jest dość zdradliwym akwenem. Stąd nie ma tanich i szybkich rejsów Lembongan/Penida – Lombok (by odwiedzić tę mniej popularną wśród turystów „siostrę” Bali, należy udać się na północny-wschód wyspy do Candidasy i stamtąd przepłynąć na wschód).

Patrząc jednak z którejś z trzech balijskich wysepek w kierunku widocznych w oddali gór na wyspie Lombok, trzeba uświadomić sobie, że patrzymy na inny świat… Cieśnina Lombok to nie jedna z wielu indonezyjskich cieśnin, ale miejsce wyjątkowe. Biegnie nią bowiem tzw. linia Wallace’a, która wyznacza granicę pomiędzy fauną orientalną (azjatycką) a australijską, co oznacza, że na wyspie Lombok żyją zupełnie inne zwierzęta niż na Bali – na zachód od linii Wallace’a możemy spotkać tygrysy, małpy i słonie, a wschód od niej m.in. torbacze i wielkie jaszczurki, takie jak warany z Komodo.

wyspy Ceningan i Penida, a w oddali Lombok (już po drugiej stronie linii Wallace’a)

Duża „siostra” Lembonganu i Ceninganu – Penida to znacznie większy kawałek lądu. Wyspa jest górzysta, sucha i gęsto zaludniona. W wielu miejscach, nawet tych bardzo odległych od morza, mieszkańcy Penidy wybudowali niewielkie chatki i bungalowy z basenami, by przyciągnąć turystów.

Są na Penidzie prawdziwe cuda natury.

Jedyną z nich są klify tutejsze klify. 250-metrowy klif Paulang jest tak wysoki, że przeniesiony na plażę u stóp klifu Pałac Kultury i Nauki nie sięgnąłby nawet jego krawędzi, iglica sięgałaby około 20 metrów poniżej niej.

250-metrowy Paulang Cliff

U stóp klifu Paulang jest niewielka niedostępna plaża. Dalej w morze wcina się wysoki skalisty półwysep. Po drugiej stronie półwyspu widać plażę Kelingking.

Na Kelingking Beach prowadzi bardzo stroma ścieżka. Według przewodników oraz tubylców to największa atrakcja Penidy. Jednak należy zaznaczyć jedno: to miejsce dla wytrwałych i wytrzymałych, a na pewno nie dla rodzin z dziećmi (nikt Wam o tym najprawdopodobniej nie powie, ani nie znajdziecie takiego ostrzeżenia w przewodniku).

Widok zapiera dech w piersiach. Skały wcinające się w morze są wysokie, ale ze szczytu ścieżki sprawiają wrażenie niepozornych. Dopiero spojrzenie na plażę pozwala uświadomić sobie skalę tego miejsca („te maleńkie punkciki na plaży to ludzie!”).

Kelingking Beach

Ścieżka na Kelingking Beach zaczyna się niepozornie – skrajem klifu prowadzą betonowe schody, które skręcają w kierunku półwyspu. Półwysep tworzy coś na kształt siodła, które im niżej tym jest węższe. Z obu stron widać morze, zatoczki i klify.

W najniższym punkcie siodła ścieżka skręca w dół ku plaży. I gdyby z tego miejsca widoczna była dalsza część trasy, wiele osób z pewnością by zawróciło. Jednak ścieżka skrywa się wśród skał i krzaków.

ścieżka ku plaży Kelingking

Schodząc turysta odkrywa ze zdumieniem, że każdy kolejny fragment ścieżki jest bardziej ekstremalny. Zejście staje się wąskie i bardzo strome. Wykute w coraz bardziej pionowej skale stopnie są skruszone, miejscami trzeba opuszczać się na linie lub opierać się o bambusowe poręcze, balansując niemal nad przepaścią.

Stłoczeni turyści ledwo przepychają się w wąskich przejściach, a zejście zdaje się nie mieć końca, a gdy już widać koniec, okazuje się, że na plażę najlepiej zeskoczyć ze śliskiej skały.

Plaża jest piękna, otoczona wysokimi skałami, piasek jest czysty i niemal biały, a górujący nad plażą klif jest monumentalny. Jednak, czy ten sielankowy widok wart jest całej niezbyt bezpiecznej i bardzo męczącej eskapady? (tym bardziej, że w drodze powrotnej zejście okazuje się łatwiejszą częścią „wyprawy”….)

Kelingking Beach

Innym cudem natury na Penidzie jest Broken Beach (po balijsku „Pasih Uug„). To niesamowita zatoczka połączona z morzem… skalnym tunelem. Nie wiadomo, jak powstała Broken Breach – czy morskie fale wydrążyły jaskinię, której strop po jakimś czasie się zawalił, czy może najpierw powstało okrągłe zapadlisko, a potem tunel, którym wlała się woda morska. Tak, czy owak natura bez pomocy inżynierów, stworzyła niesamowitą naturalną konstrukcję.

Broken Beach

„Trzy Nusy” to piękne miejsce, które z pewnością warto odwiedzić. Wyspy są odmienne od ich wielkiej siostry – Bali.

„Trzy Nusy” to też niesamowite morze, a w nim koralowce, miliony kolorowych ryb, w tym dostojne manty.

Warto odwiedzić Jungut Batu, na północnym wschodzie Lembonganu – główny ośrodek wyspy z długą złotą plażą, z której najlepiej widać majestatyczny wulkan Agung. Lembongan to także rezerwat z lasem namorzynowym. Na Penidzie natomiast czekają piękne zatoki i podziemne świątynie.

Odsłona trzecia: NA ZACHODZIE BALI

Większość turystów odwiedza wschodnią i środkową część Bali. Tam znajdują się główne atrakcje turystyczne wyspy i największe kurorty. Wschód, a w szczególności południowy wschód, wyspy jest gęsto zaludniony i niemal całkowicie hinduistyczyny.

Zachód Bali różni się od reszty wyspy. Nie jest tak gęsto zaludniony, a spora część mieszkańców to muzułmanie. O ile na pozostałej części Bali meczety stanowią rzadkość, to w jej zachodniej części głos muezina towarzyszy mieszkańcom wielu miejscowości.

Hinduiści i muzułmanie żyją tu w zgodzie, a domostwa wyznawców Allaha sąsiadują z gospodarstwami wyznawców Siwy i Wisznu.

Klimat zdaje się być tu bardziej deszczowy, a pobliskie wulkany stale spowite są we mgle. Wiejące z południowego wschodu passaty zbierają wilgoć, którą produkuje balijska tropikalna roślinność i pchają ją ku północnemu zachodowi. Jednak południowo-zachodnie wybrzeże wyspy leży nad zatoką, która zawęża się ku północnemu wschodowi, wciśnięta między Bali a Jawę. Zamknięte w ślepej uliczce chmury zawisają nad zachodem Bali i oddają swą wilgoć nad stokach wulkanów nieopodal brzegu Oceanu Indyjskiego.

Mimo, że odległości na Bali nie są wielkie, by podróż ze wschodu na zachód wyspy zajmuje około 3 godzin. Choć drogi nie są złe, to ruch jest ogromny, ale większość dróg jest jednopasmowa, więc nie rzadko tworzą się korki.

Po drodze z okolic Denpasaru, czy Sanuru na południowo-wschodnie wybrzeże warto zatrzymać się w mieście Mengwi, by zobaczyć świątynię Taman Ayun.

Świątynia jest spokojnym i pięknym miejscem, a to co rzuca się od razu w oczy to… soczyście zielona, przystrzyżona trawa. Za zadbanymi trawnikami znajduje się świątynia pełna ołtarzy z wysokimi antracytowymi wieżyczkami z ułożonymi jedne na drugich daszkami.

Około dwóch godzin jazdy o Taman Ayun leży miejscowość Medewi.

Passaty wiejące z południowego wschodu pędzą fale, ku zwężającemu się ku północnemu zachodowi akwenowi pomiędzy Bali a Jawą. Dzięki tym naturalnym uwarunkowaniom, południowo-zachodnie wybrzeże wyspy jest mekką surferów.

…o czym szybko przyszło nam się przekonać. Okazało się, bowiem, że w hotelu Umadewi Surf & Suites byliśmy jedynymi niesurferami ;))

Hotel składa się z kilkunastu domków dla turystów. Już przed wejściem do każdego z nich widać, jaka grupa turystów jest tu najczęstszym gościem:

W takie oto stojaki na deski surfingowe wyposażony jest każdy domek.

Zrządzeniem losu trafiliśmy do Umadewi Surf & Suites tuż przed jakimś lokalnymi mistrzostwami w surfingu.

Dlatego od wczesnego rana do wieczora mieliśmy okazję podziwiać wyczyny surferów.

Jednak, gdy surferzy robili sobie przerwę w treningach, w Umadewi na plaży Medewi Beach panował spokój….

Wieczorem w oddali naszym oczom ukazywała się inna indonezyjska wyspa: Jawa. Nocą Jawa jawi się (nomen omen) jak łańcuszek maleńkich światełek. Wyspa na przeciwległym brzegu jest jedną z największych w Indonezji, jest też najbardziej zaludniona (Jawę zamieszkuje niemal 120 milionów ludzi, około połowa wszystkich Indonezyjczyków). Jawa jest w większości muzułmańska, jak pozostałe indonezyjskie wyspy (poza Bali, oczywiście).

Plaża Medewi zwrócona ku zachodowi zapewnia także piękne zachody słońca.

Często zachody słońca w połączeniu z kropelkami wody morskiej unoszącymi się nad falami tworzą niesamowitą złotą mgiełkę.

Nieopodal plaży Medewi znajduje się miejsce lądowania oddziału I Gusti Nguraha Raia. I Gusti Ngurah Rai był Balijczykiem, dziś uważanym za narodowego bohatera Indonezji. Jego imię nosi port lotniczy w Denpasarze – stolicy Bali.

Ngurah Rai w czasie wojny o niepodległości Indonezji dowodził indonezyjskimi oddziałami na wyspie Bali i zginął w bitwie pod Maragrana podczas walk z holenderskimi oddziałami kolonialnymi. Pomnik w formie niewielkiej łodzi na plaży w pobliżu Medewi upamiętnia lądowanie Nguraha Raia na Bali.

Około 50 kilometrów na zachód od Medewi mieści się Kurma Asih – coś na kształt porodówki i przedszkola dla żółwi morskich, gdzie można zobaczyć żółwie jaja, małe żółwiki w „zółwim przedszkolu”, a także samemu zanieść maleńkie gady na brzeg morza i patrzeć jak biegną całymi tabunami w kierunku morza, a potem dzielnie walczą z niewielkimi (ale dla nich gigantycznymi) falami, by rozpocząć nowy etap swojego życia – w oceanie.

Południowe wybrzeże Bali kończy się w okolicach Gilimanuk, najbardziej na zachód położonego miasta na Bali. Gilimanuk to miasto portowe nad Cieśniną Bali, która oddziela Bali od Jawy. Z portu w Gilimanuk odpływają kilkanaście razy dziennie promy na drugi brzeg 3-kilometrowej cieśniny. Ten wąski akwen łączy dwa oceany: Indyjski na południu i Morza Balijskie, które jest częścią Oceanu Spokojnego – na północy.

Po drugiej, „pacyficznej” stronie cieśniny, wyspa wygląda inaczej. O ile południowo-zachodnie wybrzeże Bali jest soczyście zielone, wilgotne, a na okolicznych wzgórzach i górach często spoczywa gęsta czapa chmur, o tyle północ jest bardziej sucha i słoneczna.

Główną atrakcją północno-zachodniej części Bali jest wyspa Menjangan.

Menjangan to część parku narodowego, a największą jej atrakcją są dzikie zwierzęta, w szczególności jelenie balijskie, które nierzadko przechadzają się po tutejszych plażach i brodzą w oceanie.

Jednak największe skarby kryją się u brzegów wyspy – pod powierzchnią oceanu jest cudowna rafa koralowa mieniąca się tysiącami kolorów, skąpana w promieniach słońca przebijającymi się błękitną, połyskującą toń wody, pełna kolorowych ryb, rozgwiazd i innych organizmów morskich.

Rafa kończy się stromy stokiem opadającym w ciemnogranatową otchłań.

Menjangan leży kilkanaście kilometrów od Jawy. Stąd widać, że Indonezja to kraina wulkanów – w zasięgu wzroku widać stożki jawajskich wulkanów Raung, Ijen i Baluran, a gdy się przyjrzeć w oddali lekko zarysowują się kolejne wulkaniczne szczyty.

Menjangan jest tak blisko Jawy, że telefony komórkowe odbierają tu sygnał z Jawy, a nie z Bali. To może wprowadzić nieco zamieszania… na Jawie bowiem jest inny czas niż na Bali, więc zegary w smartfonach na Menjanganie przestawiają się na czas jawaski (zachodnioindonezyjski), czyli godzinę wstecz w stosunku do czasu środkowoindonezyjskiego (balijskiego).

Menjangan w 3 jawajskimi wulkanami w tle (Raung, Ijen i Baluran)

I na tym koniec podróży w poprzek Bali…

Piękne Sakartwelo

Sakartwelo – tak Gruzini nazywają swój kraj.

Gruzja przywitała mnie chłodno. Mimo, że była połowa maja było zimno, około 10 stopni Celsiusza, a nad lotniskiem w Kutaisi osiadły nisko chmury. Była jeszcze noc, mały, ale nowoczesny terminal portu lotniczego w drugim co do wielkości mieście Gruzji błyszczał pośród otaczającego go mroku.

Lotnisko w Kutaisi

Szybka i miła odprawa paszportowa, odbiór bagażu i wszedłem do holu, w którym stali taksówkarze i kierowcy marszrutek, czyli podstawowego środka transportu zbiorowego w Gruzji. Znalezione dzięki internetowym wyszukiwarkom rady mówiły jasno: nie należy korzystać z ich usługi i nie dać się nagabywać, lecz wyjść przed terminal, gdzie stoją białe busy przeżywające swoje drugie, a może i trzecie życie w Gruzji, po odsłużeniu kilku lub kilkunastu lat w Europie Zachodniej, a może i w Polsce. Usługi panów z hali przylotów są bowiem tej samej jakości, co tych sprzed terminala, lecz są znacznie droższe.

Gdy odnalazłem marszrutkę z napisem „Batumi” zapytałem łamaną polsko-rosyjską hybrydą językowa, czy mogę wsiąść, na co gruby, wielki Gruzin o kręconych włosach i ciemnych oczach uchylił przesuwane drzwi, dając do zrozumienia, że mam wejść i ryknął wesoło z rosyjska, ale z całkiem nierosyjskim akcentem: „Dawaj, brat!”.

Po półgodzinie marszrutka się zapełniła, kierowca zebrał po kilkanaście lari za przejazd i ruszył w 180-kilometrową trasę do Batumi.

Jazda marszrutką w Gruzji przypomina przejażdżkę rollercoasterem. Drogi w kaukaskiej republice są takie jak w Polsce, czyli raczej nierówne, nie ma jednak ma autostrad i dróg ekspresowych, za to jest pełno zakrętów, a śpieszący się kierowcy wyprzedzają nierzadko na trzeciego.

Widać, że Gruzja jest znacznie biedniejsza od Polski. Miasteczka i wsie między Kutaisi i Batumi przypominają nasz kraj w latach dziewięćdziesiątych – przy każdym domu stoi auto, ale ich średnia wieku to na oko 20 lat, wszędzie wiszą anteny satelitarne, w miasteczkach najbardziej kolorowymi i zadbanymi budynkami są markety i stacje benzynowe. Widać niedoinwestowanie, ale też przedsiębiorczość Gruzinów – w każdy miasteczku i wsi stoją jakieś stragany, a handlarze uwijają się, żeby obsłużyć klientów.

Wbrew moim wyobrażeniom, na gruzińskich drogach prawie nie ma już reliktów z czasów imperium sowieckiego – ład, zaporożców, wołg, uazów, czy moskwiczów. Niewiele jest też produktów przemysłu motoryzacyjnego współczesnej Rosji, przeważają natomiast kilkunastoletnie, a nierzadko i dwudziestokilkuletnie samochody z zachodu, często luksusowych marek. Czasem auta maja kierownicę po prawej stronie. To efekt liberalnej polityki gruzińskich władz w zakresie importu używanych samochodów. Niskie cła i podatki sprawiły, że ten niezamożny kraj jest znacznie bardziej zmotoryzowany niż kaukascy sąsiedzi. Kierownica po prawej stronie wcale nie oznacza, że tutejsze samochody służyły kiedyś poddanym królowej Elżbiety II. Przejażdżka prawostronnym Subaru zaadaptowanym na taksówkę (oczywiście podróżowałem w charakterze pasażera, a nie kierowcy) odkryła przede mną prawdziwą historię tych aut – otóż dzięki napisom po japońsku i wyjaśnieniom kierowcy dowiedziałem się, że wiele gruzińskich aut używanych pochodzi z Japonii (kto wie… może nim właścicielem tego Subaru został Gruzin, wcześniej trafiło ono z Japonii do Rosji, gdzie jeździł nim jakiś Jakut lub Buriat na Dalekim Wschodzie).

W okolicach miejscowości Poti droga Kutaisi – Batumi dociera w rejony nadmorskie i zmienia kierunek z zachodniego na południowy. Miejscami w oddali widać Morze Czarne, a nieopodal Batumi wygięte w łuk gruzińskie wybrzeże zapewnia doskonały widok – na północy widać wybrzeże zbuntowanej gruzińskiej prowincji – Abchazji, a za nim białe szczyty Wielkiego Kaukazu oddzielające Abchazję od Rosji.

Na wschodzie wyrastają niesamowicie zielone szczyty Małego Kaukazu, które swą bujną roślinność zawdzięczają częstym deszczom i ciepłemu, wilgotnemu klimatowi (klimat podzwrotnikowy morski).

W okolicy miejscowości Kobuleti zaczyna się Adżaria – to jedna z prowincji Gruzji. Stolicą Adżarii jest Batumi, a region cieszy się autonomią w związku z tym, że większość mieszkańców uważa się po pierwsze za Adżarów.

Adżarowie to grupa ludności gruzińskiej, która akcentuje swą odrębność i mimo, że – w odróżnieniu od Abchazów – uważają się również z Gruzinów. Posługują się jednak innym dialektem, mają własne tradycje, a do niedawna większość z nich była muzułmanami.

flagi Gruzji i Adżarii w porcie w Batumi

Tak więc Batumi pełni funkcje stołeczne dla Adżarii mającej status republiki autonomicznej, ale trzeba wiedzieć, że ta stołeczność Batumi ma tym się nie kończy – w mieście znajduje się siedziba gruzińskiego sądu konstytucyjnego.

Im bliżej Batumi tym Gruzja jest zamożniejsza. Widać, że Adżaria żyje z turystyki, handlu. Samo miasto Batumi jest ważnym węzłem transportowym i głównym portem morskim Gruzji.

Nietypowe jest to, ze linia kolejowa nie dociera do miasta, ale kończy się niejako na jego przedmieściach w miejscowości Machindżauri.

Batumi to niesamowita mieszanka luksusu i biedy, nowoczesności i zacofania, morza i gór, w mieście widać wpływy tureckie, rosyjskie (z czasów carskich i te współczesne), sowieckie, ormiańskie i zachodnie.

Symbolem nowoczesnego Batumi jest dzielnica wieżowców w okolicach portu i rozwijający się pas nadmorski. Tu stoją symbole miasta – Wieża Alfabetu Gruzińskiego oraz wieżowiec Politechniki Batumskiej z charakterystyczną strzelistą wieżą i diabelskim młynem umieszczonym wysoko na elewacji budynku. Symbolem nowoczesności jest też kolejka gondolowa Argo, którą z portu, nad dachami miasta można dotrzeć na wzgórze Anuria, z którego rozciąga się piękny widok nie tylko na całe miasto, port, morze, ale i okoliczne miejscowości i góry.

Wieża Alfabetu Gruzińskiego
budynek Politechniki Batumskiej

Luksus rozsiadł się wzdłuż batumskiego bulwaru nadmorskiego, gdzie można natknąć się na luksusowe hotele, restauracje i kawiarnie, a przy chodnikach stoją nowoczesne, drogie samochody.

Symbolem luksusu jest przypominający wieżę Babel hotel „Sheraton Batumi”.

Sheraton Batimi i nadmorskie aleje
Kolumnady
Kolumnady

Tureckie Batumi to głównie dzielnica salonów gier i kasyn nieopodal portu, gdzie tysiące Turków korzysta z liberalnych przepisów prawa dotyczących hazardu i oddaje się tej rozrywce. Tureckie wpływy widać też w ornamentyce niektórych budynków, ale główne batumskie zabytki to pozostałość po czasach, gdy miasto było częścią Imperium Rosyjskiego – główne ulice, bulwary, teatr, fasady kamienic w centrum miasta, np. na Placu Europy, kino „Apollo”, bulwar Batumi Pier.

Teatr Dramatyczny w Batumi

Powyżej: Plac Europy

Rosja współczesna w Batumi to głównie turyści z Rosji, którzy – mimo napiętych stosunków pomiędzy kaukaską republiką a jej wielkim sąsiadem – odwiedzają miasto tłumnie. Rosja to także język rosyjski powszechny wśród nastawionych na turystów zza Kaukazu restauratorów, hotelarzy, czy sklepikarzy.

Spadkiem po Związku Sowieckim są głównie bloki w typowym sowieckim stylu, brzydkie, pełne niekonsekwencji architektonicznych, z balkonami nierzadko przerobionymi na dodatkowy pokój. Sowiecka jest też architektura delfinarium, gmachów miejskich. Miejscami można dojrzeć sowieckie pomniki.

W Batumi można natknąć się na ślady wielu religii – są na kościoły prawosławne gruzińskie, kościoły ormiańskie, cerkwie rosyjskie i meczety.

ormiański Kościół św. Grzegorza
Cerkiew Św. Mikołaja

Wpływy zachodnie widać w architekturze nowych budynków, m.in. kwartału hotelowego „Piazza” wzorowanego na typowo placu w stylu przywodzącym na myśl miasta Dalmacji lub północnych Włoch, należące kiedyś do Republiki Weneckiej. Patrząc jednak na wiele budynków takich jak niektóre hotele, wieża Justice House, budynek Politechniki Batumskiej, można zauważyć, że wiele budynków wybudowanych w stylu zachodnim, ma elementy własne: gruzińskie lub orientalne, jak te na Placu Europy.

Niewątpliwie symbolem Batumi jest także 8-kilometrowy bulwar nadmorski, ciągnący się od portowych falochronów i Wieży Alfabetu Gruzińskiego, aż w okolice lotniska. Bulwar to prawdziwa galeria miejska przedstawiająca różne oblicza miasta – od wieżowców w okolicach portu, zielonej przestrzeni Parku Nadmorskiego, poprzez nowoczesne hotele, sowieckie bloki, aż po nowe dzielnice wyrastające na południu miasta.

rzeźby na Bulwarze Nadmorskim czynią zeń galerię sztuki na wolnym powietrzu

Adżaria to nie tylko Batumi.

Godnym polecenia miejscem jest Park Narodowy Mtirala, który znajduje się w gęsto zalesionych górach na północ od Batumi.

Najlepszy sposób na dotarcie do parku to podróż marszrutką do miejscowości Czakwi (może to być  marszrutka obsługująca linię Batumi – Kutaisi). W Czakwi, tuż obok „marszrutkowego” przystanku, czekają na klientów lokalni taksówkarze.

Drogowskazy w Czakwistawi

Podróż taksówką („moja” miała kierownicę po prawej stronie) to niezła atrakcja – droga do centrum parku narodowego, czyli do osady Czakwistawi pnie się w górę doliną rzeki Czakwistskali. Z początku to wąski pasek asfaltu, lecz po kilku kilometrach twarda nawierzchnia się kończy i zaczyna się kamienista ścieżka, na której przed każdym zakrętem kierowca używa klaksonu, by dać  nadjeżdżającym z drugiej strony samochodom, że należy uważać, zwolnić i wzajemnie się przepuścić. Wilgotne stoki gór poprzecinane są strużkami potoków, które przepływają wprost przez drogę, więc co kilka kilometrów, taksówka brodzi w wodzie, rozbryzgując ja na boki.

Góry w Parku Mtirala to takie nasze Beskidy na „sterydach”. I nie chodzi tu o wysokość, ale bujność roślinności. Subtropikalny klimat Adżarii charakteryzuje, poza środziemnomorskimi temperaturami, duża wilgotność – to połączenie ciepła i deszczów sprawia, że lasy adżarskich gór są tak bujne.

Zaskoczeniem dla turysty z polski mogą być leśne polany pełne rododendronów, których liście bez problemów mogłyby służyć za parasole.

W parku Mtirala wyznaczno kilka tras dla turystów, które zaczynają się i kończą przy budynku dyrekcji parku i muzeum w Czakwistawi.

Przed odlotem do Polski z lotniska w Kutaisi warto odwiedzić to miasto.

Jest ono zupełnie inne niż Batumi – położone w rozległej dolinie i na okalających je wzgórzach. W oddali majaczą szczyty Małego Kaukazu, a przez miasto wije się rzeka Rioni.

Plac Króla Dawida Budowniczego, Teatr Dramatyczny, a w oddali Katedra Bagrati

Kutaisi przypomina miasta rosyjskie, a nawet te, które kiedyś były częścią monarchii austo-węgierskiej.

Widok z położonego na wzgórzu Parku Gabaszwilego na rzekę Rioni, most Tetri i starówkę, jako żywo przypomina widok z Wzgórza Zamkowego w Cieszynie na rzekę Olzę, graniczny Most Przyjaźni i Czeski Cieszyn. Rioni wije się podobnie jak Olza, w oddali widać góry, tyle że zamiast Beskidów jest dużo wyższy Mały Kaukaz.

Park Gabaszwilego warto odwiedzić by napawać się pięknym widokiem na miasto i okolicę, a także dlatego, że z parkowego wzgórza do centrum Kutaisi można dostać się w ciągu kilku minut kolejką gondolową (nad zalesonymi zboczami wzgórza, oraz nad rzeką Rioni wprost na „Starówkę”.

Na moście Tetri czeka nas ten oko chłopak ;)))

na moście Tetri

Kutaisi i okolice to miejsce bardzo ważne dla Gruzinów – kilkanaście kilometrów za miastem znajduje się Monastyr Gelati, a nad centrum miasta góruje Katedra Bagrati.

Monastyr Gelati jest tym dla Gruzinów, czym katedra gnieźnieńska dla Polaków – został zbudowany w 1106 rokuna zlecenie króla Dawida IV Budowniczego – największego gruzińskiego władcy. Tu też spoczęły jego doczesne szczątki.

Z uwagi na znaczenie króla Dawida w historii Gruzji, Gruzini otaczają to miejsce wyjątkową czcią, a płytę nagrobną pod którą spoczywają szczątki władcy zawsze zdobią kwiaty.

Monastyr to bardzo stary budynek, a zdobienia w świątyni zapierają dech w piersiach mimo, że przez upływ czasu odcisnął na nich piętno.

Z położonego na wzgórzu monastyru można dojrzeć ośnieżone szczytu Wielkiego Kaukazu.

Katedra Bagrati (czyli oficjalnie Katedra Zaśnięcia Bogurodzicy) góruje nad Kutaisi. Warto ją odwiedzić choćby z uwagi na piękny widok na miasto i Mały Kaukaz.

Świątynia powstała 1003 roku. Wielokrotnie przebudowywana i niszczona przez najeźdźców jako symbol Gruzji i kościoła gruzińskiego, dotrwała mimo tych przeciwności do naszych czasów.

Dziś jest miejscem, do którego pielgrzymują wierni i tłumnie odwiedzają turyści, jest też ulubionym miejscem zdjęć ślubnych.

Od wieków to jedna z najważniejszych budowli Gruzji i jedna z głównych świątyń Gruzińskiego Kościóła Prawosławnego, tak dumnego ze swej niezależności od Rosji i sięgającej 486 roku historii (to jeden z najstarszych obok ormiańskiego istniejących do dziś kościołów chrześcijańskich).

Katedra Bagrati

Gruzja to piękne i niesamowite miejsce. Jednocześnie bliskie nam Polakom, a zarazem leżące w oddali, z jednej strony na wskroś europejskie, z europejskimi aspiracjami, a z drugiej odmienne, posiadające swój własny gruziński charakter, architekturę… własny urok.

Warto Gruzję odwiedzić.

Moje miasto…

IMAG2319

Cieszyn, ul. Przykopa

Czytaj dalej

Planeta Dubaj

Kiedy, Drogi Turysto, zdecydujesz się odwiedzić Dubaj, bądź gotów na masę zaskoczeń, pewną dawkę szoku, troszkę rozczarowania i ból szyi od ciągłego patrzenia w górę.

Dubaj ma zapierać dech w piersiach – z pewnością to idea fix tutejszych władców. I zapiera… Miasto już na „dzień dobry” oszałamia. Gdy samolot (najczęściej tutejszych linii – Emirates) schodzi do lądowania, miasto wita gości niesamowitym widokiem ciągnącego się w nieskończoność  – pomiędzy żółto-beżowym morzem piasku a błękitem Zatoki Perskiej – pasa budynków, z którego wyrasta błyszcząca w słońcu Burj Khalifa (Burdż Chalifa).

Jeżeli Twój samolot, Drogi Turysto, dotrze nocną porą na południowy skraj Zatoki Perskiej (zwanej tu – nomen omen – The Arab Gulf, czyli Zatoką Arabską) , ujrzysz ciągnącą się dziesiątki kilometrów w dal wstęgę świateł, oddzielającą matową ciemność pustyni od połyskującej ciemności arabsko-perskiego morza.

Pierwsze kroki na ziemi dubajskiej podróżny stawia w ultranowoczesnym, ale nieco zimnym i bezosobowym terminalu lotniska Dubai International, który przypomina wielki kokon leżący w centrum wielohektarowej połaci betonu i z pewnością jest jednym z najpiękniejszych obiektów tego typu na świecie.

Terminal błyszczy. Kilometry kwadratowe marmuru są utrzymywane w stanie nienagannej czystości, nie dziwią więc śpiący na betonowej podłodze podróżni, dla których tutejszy hub jest tylko centrum przesiadkowym w drodze w zupełnie inne części świata. Dzięki dziesiątkom wielkich owalnych, 20-30-metrowych okien ustawionych pionowo obok siebie sięgających niemalże od powierzchni płyty lotniska, po wypukły sufit hali terminalu, w dzień terminal tonie w tropikalnym słońcu, które kontrastuje z przyjemnym chłodem „produkowanym” przez system klimatyzacji.

Port lotniczy Dubai International to centrum pajęczej sieci połączeń lotniczych oplatających większość globu. Wielobarwny i multietniczny tłum przemieszcza się we wszystkich kierunkach szukając odpowiednich gate’ów lub oczekując na kolejny lot.  Nad wejściami do rękawów, na niewielkich ekranach pojawiają się nazwy setek miast.

 

w wieży Burdż Chalifa

Skoro, Drogi Turysto, jesteś już w Dubaju, przyda Ci się garść informacji nt. miasta i emiratu.

Dubaj jest stolicą emiratu o tej samej nazwie, ten zaś jest jedną z siedmiu monarchii tworzących wyjątkową niby-republikańską federację – Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA).

Określenie „niby-republikańska federacja” chyba najlepiej opisuje wyjątkowy w skali świata system polityczny ZEA.  Głową państwa w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest prezydent, nie jest on jednak wybierany przez obywateli w wyborach powszechnych, ani też nominowany przez parlament. Wyboru dokonuje swoiste „kolegium elektorów” składające się z władców siedmiu emiratów. Jednak faktyczne szanse na wybór na urząd prezydencki mają tylko dwaj monarchowie – emir Abu Dhabi i emir Dubaju, pozostali emirowie nie liczą się w tej „konkurencji”. Zjednoczone Emiraty Arabskie –  bowiem – to związek dwóch gigantów (Abu Dhabi i Dubaj) i pięciu maluchów – Szardża, Adżman, Umm al-Kajwajn, Ras al-Chajma i Fudżajra. W emiratach Abu Dhabi i Dubaj mieszka przytłaczająca większość mieszkańców, do obu księstw należy także grubo ponad ¾ powierzchni ZEA. Dwa dominujące emiraty dzielą między siebie najważniejsze stanowiska w federacji – gdy jeden z władców zostaje prezydentem, drugi – wiceprezydentem i premierem rządu (aktualnie emir Abu Dhabi jest prezydentem ZEA, a emir Dubaju – wiceprezydentem i premierem).

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich nie ma instytucji demokratycznych – parlamentu, samorządów lokalnych – de facto ta federacja emiratów jest zarządzaną przez lokalne dynastie grupą 7 „przedsiębiorstw” (i trzeba tu przyznać: świetnie zarządzanych), którą można by nazwać federacją monarchii absolutnych. My, Europejczycy, możemy uznać taki system władzy za anachroniczny, jednak Zjednoczone Emiraty nie odbiegają od standardu panującego na Półwyspie Arabskim – niedemokratycznymi, absolutnymi monarchiami są wszystkie sąsiednie kraje: Oman, Arabia Saudyjska, Kuwejt i Katar, jedynie w Bahrajnie panuje monarchia konstytucyjna. Zjednoczone Emiraty Arabskie odróżnia od innych monarchii „znad Zatoki” bardziej skomplikowana, federacyjna struktura.

Sam Dubaj nie wpisuje się jednak w regionalne standardy. Najważniejszą cechą, która odróżnia miasto i emirat od pozostałych sześciu „braci”, a także sąsiednich monarchii i bardziej odległych sąsiadów jest źródło dochodów i bogactwa. Nie jest nim bowiem wydobycie ropy naftowej, ani gazu ziemnego, lecz szeroko pojęte usługi i handel. Od kiedy lokalni władcy i zrzucili  kolonialny gorset, a następnie przejęli wydobycie ropy z rąk zachodnich koncernów, Półwysep Arabski stał się prawdziwym naftowym eldorado. Na pustyniach i brzegami mórz wyrosły w ciągu czterech dziesięcioleci gigantyczne petrodolarowe fortuny, a wraz z nimi błyszczące marmurem, szkłem i stalą nowoczesne miasta. Celna identyfikacja potrzeb bogacących szybko mieszkańców Półwyspu Arabskiego była i jest podstawą sukcesu Dubaju. W odpowiedzi na rosnący popyt na coraz bardziej luksusowe dobra, miasto tworzy wielkie centra handlowe, w których wzbogaceni na ropie Emiratczycy, Saudyjczycy, czy mieszkańcy Kataru, mogą wydawać fortuny.

Dubajski emirat jest zasobny w ropę i gaz ziemny, ale większość dochodów uzyskuje nie z paliw kopalnych, lecz usług, handlu, finansów, transportu, wszelkiego rodzaju pośrednictwa, bankowości i ubezpieczeń. Kiedy wezbrana rzeka ropy i morze gazu popłynęła z pól naftowych Półwyspu Arabskiego, lokalni emirowie zarządzili budowę gigantycznego naftoportu – miliony baryłek ropy przepływających przez Dubaj, pozostawiły w budżecie emiratu miliardy dolarów zysku z pośrednictwa i rafinacji paliw.

Przeznaczeniem dubajskiego portu nie jest jedynie wysyłka  paliw – miasto stało się wielkim pośrednikiem w przepływie towarów między państwami znad Zatoki Perskiej, a resztą świata. W przeciwnym kierunku niż ropa i gaz zaczęły płynąc inne dobra  - samochody, elektronika, jachty, złoto, żywność, diamenty i wszystko, na co znalazł się popyt w Emiratach i u ich bogatych sąsiadów.   W ten sposób miasto i emirat stały się wielkim centrum handlu wszystkim i z wszystkimi. Część wpływających do tutejszego portu dóbr wędruje dalej, do sąsiednich emiratów i państw, jednak większość pozostaje w mieście, w dziesiątkach centrów handlowych, stref wolnocłowych, czy salonów samochodowych.

Gdy zamożni Arabowie, tak miejscowi, jak i z krajów ościennych, postanowili inwestować swoje pieniądze, gdy szukali bezpiecznych konta bankowych, na których spokojnie mogą rosnąć milionowe kwoty, dubajczycy byli gotowi i opierając się na miliardowych przychodach z handlu ropą stworzyli branżę bankową działającą zgodnie z zasadami islamu. Należy bowiem pamiętać, że pobieranie odsetek jest uznawane za lichwę, a ta jest niezgodna z prawem islamskim. Miejscowy kapitał stworzył podwaliny miejscowego rynku bankowego. Dziś Dubaj to wielkie centrum bankowości, tak klasycznej (zachodniej), jak i islamskiej. Miasto jest także potentatem ubezpieczeniowym w świecie islamskim. Podobnie, jak w przypadku banków, również towarzystwa ubezpieczeniowe powinny działać zgodnie z literą Koranu.  W bezpiecznej przystani dla biznesu, jaką jest Dubaj, powstały setki islamskich towarzystw ubezpieczeniowych (tzw. takaful).

Drogi Turysto, na początek ostrzeżenie: to miasto może rozczarować. Rozczarowani będą ci podróżnicy, którzy przylatują do Dubaju z bagażem realnych (podróże) lub wirtualnych (książki, prasa, telewizja, internet) doświadczeń i wiedzy na temat innych miastach świata arabskiego, czy szerzej – islamskiego. Dubaj to nie Kair, czy Stambuł, próżno więc tu szukać tysięcy zabytków pamiętających czasy faraonów, czy przynajmniej epokę sułtanów – zabytków jest niewiele i nie ma pewności, czy to oryginały, czy też coś na kształt scenografii do dubajskiej bajki stworzonej na życzenie tutejszych emirów.

Na rozczarowanie powinni przygotować się także ci turyści, którzy liczą na to, że w Dubaju znajdziemy suk, czy bazar, na którym sprzedaje się cuda z „Baśni tysiąca i jednej nocy” w sklepikach pamiętających czasy, gdy Turcy osmańscy rządzili Bliskim Wschodem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

dubajski skwer ;))))))

Dubaj wymyka się stereotypom dotyczącym miast bliskowschodnich czy arabskich. Emiracka metropolia nie jest bowiem (i tu dla wielu kolejne rozczarowanie) miastem arabskim, bliskowschodnim. To nowoczesna globalna metropolia, gdzie zza fasad sięgających nieba wieżowców ze szkła, stali i marmurów i wyłaniają się skrawki Indii, Pakistanu, Filipin, czy Libanu, sklepy są dominowane przez Filipinki, wsiadając do taksówki przenosimy się na subkontynent indyjski, a dzielnicach biznesowych można poczuć się jak w Londynie, czy Nowym Jorku.

Al-Barsha  trochę nowoczesności, trochę Libanu, nieco Maroka, do tego włoskie, arabskie i hinduskie smaki… oraz amerykańska szkoła

Kolejne sprzeczności, które jednak, jak się okazuje, nie wykluczają się:  Emiraty, a w szczególności Dubaj, są bardzo przychylne osiedlaniu się cudzoziemców (jeżeli mają zamiar pracować), a jednocześnie nigdy nie nadają cudzoziemcom obywatelstwa ZEA.  Awansu do grona „oficjalnych” poddanych emira nie zapewnia nawet miejsce urodzenia – ocenia się, że kilka do kilkunastu procent mieszkańców Dubaju to ludzie urodzeni w emiracie, potomkowie arabskich emigrantów sprzed 20-30 lat, którzy nie mogą pochwalić się jednak emirackimi przodkami, a więc nie mogą liczyć na obywatelstwo ZEA. Nawet najbogatsi obcokrajowcy nigdy nie zostaną obywatelami Zjednoczonych Emiratów Arabskich,  jednak dla nich brak ubezpieczenia społecznego, czy darmowej służby zdrowia nie jest wielką uciążliwością, a przyjazny klimat dla inwestorów, nieustający boom gospodarczy i symboliczne podatki, czynią z Dubaju raj dla bogaczy.

Spacerując po ulicach Dubaju, poruszając tutejszym metrem, odwiedzając centra handlowe – można odnieść wrażenie, że typowy dubajczyk jest… Hindusem, a dubajka – Filipinką. W wielobarwnym tłumie mieszkańców Dubaju niewielu jest dubajskich, czy emirackich Arabów (łatwo ich dostrzec, gdyż w większości noszą długie, nieskazitelnie białe galabije). Są właścicielami, prezesami, menedżerami wysokiego szczebla, przechadzają się i doglądają wedle zasady „pańskie oko konia tuczy”.

Dubajski tłum składa się jednak głównie z nie-obywateli, czyli tzw. rezydentów. Wśród nie-obywateli wyraźny podział, który determinowany jest przez zamożność, a pośrednio przez wykształcenie i pochodzenie „geograficzne”. Najwyższy szczebel drabiny społecznej nie-obywateli jest wielonarodowy, wśród rezydentów-milionerów są Arabowie spoza Emiratów, Rosjanie, zachodni Europejczycy, Amerykanie, Hindusi, ale też przedstawiciele wielu innych narodowości. Szczebel niżej znajduje się dubajska wyższa klasa średnia – przedsiębiorcy, menedżerowie, finansiści, inżynierowie, lekarze, profesorowie szkół wyższych. Ludzie Ci także mają zapewnione bezpieczne, dostanie i wygodne życie w Dubaju, tyle, że ich los bardziej zależny jest od losu korporacji i instytucji, dla których pracują, a także koniunktury – są wśród nich głównie Europejczycy, Australijczycy i Amerykanie, Chińczycy, a także dobrze wykształceni Arabowie i Hindusi. Ci ostatni to także największa grupa tworząca dubajską middle middle class, klasyczną klasę średnią – specjaliści od nowoczesnych technologii, lekarze, specjaliści od finansów, drobni przedsiębiorcy.

Na tym kończy się lista „beneficjentów” dubajskiego systemu. Niższe szczeble dubajskiej drabiny społecznej to ludzie, dzięki którym „arabski tygrys gospodarczy” żyje i nieźle funkcjonuje. Są wśród nich Filipińczycy, a właściwie głównie Filipinki – sprzedawczynie, hostessy, recepcjonistki w hotelach, taksówkarze z subkontynentu indyjskiego (Hindusi i Pakistańczycy) – otrzymujący nie rzadko wynagrodzenie pozwalające im na prowadzenie skromnego, acz nie biednego życia, jednakże najczęściej bez szans na zabezpieczenie w postaci ubezpieczenia zdrowotnego, czy emerytalnego. Na samym dnie są emigranci ze Sri Lanki, Bangladeszu, Pakistanu i niewykształceni Hindusi -pracownicy budowlani mieszkający budynkach przypominających hotele robotnicze, pracujący za najniższe stawki, nierzadko przewożeni codziennie autobusami pomiędzy placem budowy, a miejsce zamieszkania, nigdy nie widzą świata poza płotem placu budowy i ogrodzeniem wokół hotelu.

Dubaj to nietypowe miasto także z uwagi na jego układ urbanistyczny i rozkład ulic. Miasto przypomina węża z głową ułożoną na północnym wschodzie na obszarze nad rzeką Dubai Creek, w najstarszych dzielnicach, niewiele różniących się od innych miast Bliskiego i Środkowego Wschodu. Pozostała część metropolii to ogon węża ciągnący się na południowy zachód wzdłuż brzegu Zatoki Perskiej (tu zwanej Arabską), aż do położonego ok. 50 km od „starego” centrum  – Jebel Ali.  Kręgosłupem dubajskiego węża jest jedna wielopasmowa ulica Sheik Zayed Road.

Al Bastakija – dubajska starówka

W odległości kilku minut jazdy samochodem na północny zachód jest morze, a w tej samej odległości  południowy wschód zaczyna się pustynia. Piaszczyste pustkowie zaczyna się nagle, jednak dubajski wąż tyje, a właściwie kwitnie jak kolonia koralowców i połyka pustynię. Widać to na dwustronnej mapie Dubaju: z jednej strony gęsto zabudowany pas ciągnący się wzdłuż z morza z osią Sheik Zayed Road pośrodku, a z drugiej – blade tło przedstawiające pustynię, na którym widnieją fantazyjne kształty, nakreślone jakby ręką zwariowanego artysty; część tych zawijasów, mozaik i wielkich okręgów opatrzona jest notatką „Under Construction” lub „u/c”. To powstające na pustyni, oddzielone od niej murami, ekskluzywne osiedla domów jednorodzinnych, parki rozrywki, gigantyczne centra sportowe, pola golfowe, centra handlowe, tory wyścigowe, a także parki przemysłowe i centra nowoczesnych technologii. Boom inwestycyjny mimo, że nieco wyhamowany przez światowy kryzys ekonomiczny, nadal trwa.

Sheik Zayed Road to wielopasmowa miejska autostrada, po 6-7 pasach w każdą stronę płynie nieprzerwana rzeka pojazdów – najczęściej wielkich SUV-ów, amerykańskich samochodów terenowych, limuzyn i super samochodów typu ferrari, lamborghini lub camaro.

Oddalając się od „starego” centrum, Sheik Zayed Road staje się dnem kanionu stworzonego przez rzędy drapaczy chmur, potem dociera wyrosłej w ostatnich latach dzielnicy Dubai Downtown, kreowanej na nowe centrum metropolii, której jądrem jest największe centrum handlowe świata –  Dubai Mall i zdająca się wkłuwać w zawsze błękitne arabskie niebo wieża Burdż Chalifa (Burj Khalifa). Dalej Aleja Szejka Zajeda opuszcza ten kanion, by przeciąć dzielnice pełne marketów, salonów samochodowych i małego przemysłu po jednej i domów jednorodzinnych oraz szkół pod drugiej, a następnie dotrzeć do dzielnicy Al-Barsha.

W Al-Barshy życie skupia się wokół wielkiego centrum handlowego The Mall Of The Emirates. Z dachu „mallu” wyrasta gigantyczny, srebrny, pochyły kształt – to Ski Dubai – sztuczny stok narciarski w wyciągiem.

imag0487

Ski Dubai na dachu The Mall Of The Emirates

Nad morzem rozciąga się dzielnica Umm Suqeim, której największe atrakcje to centrum handlowo-hotelowe Medinat Jumeirah oraz Burdż Al-Arab. W Dubaju wiele miejsc coś udaje, bądź przypomina. I tak Medinat Jumeirah udaje stare arabskie miasto – urocze, pełne wąskich zaułków, zadaszonych uliczek i zalanych słońcem placów, iście bajkowe, z urokliwym kanałem pośrodku.

Burdż Al-Arab to super ekskluzywny hotel, który wygląda jak dwustumetrowy żagiel.

Medinat Jumeirah (w oddali Burdż Al-Arab)

Kiedy Sheik Zayed Road dociera do dzielnicy Al-Sufouh ponownie zmienia się w wielki kanion stworzony przez budowniczych drapaczy chmur ciągnących się wzdłuż alei.

Kiedy po prawej stronie wyłania się wielkie rondo z gmachem Dubai Pearl po środku, oznacza to, że dotarliśmy w pobliże słynnej dubajskiej „Palmy” – The Palm Jumeirah.

apartamentowce Oceana na The Palm Jumeirah

Palma składa się z wielkiego pnia,  rozszerzającego się w rodzaj kielicha poniżej gałęzi, 7 wielkich gałęzi po każdej stronie górnej części pnia i 2 małych na szczycie Palmy. Palmę otacza wyspa pełniąca funkcję falochronu. Ochrona przed morskimi falami to nie jedyna funkcja wyspy – to także miejsce luksusowego wypoczynku – miliony ton piasku i kamieni są podstawą dla eleganckich i drogich hoteli takich, jak Atlantis, czy Kempinski.

Pień palmy to szeroka aleja wzdłuż, której ustawiono rząd wysokich apartamentowców i hoteli. Wysokie budynki skutecznie zasłaniają widok, dlatego łatwo zapomnieć o tym, że ta szeroka aleja znajduje się kilometr od stałego lądu. Na gałęziach palmy znajdują się luksusowe wille, warte miliony dolarów rezydencje z własnymi plażami i marinami.  Na pniu, poniżej gałęzi znajdują się wysokie apartamentowce, takie jak Oceana. Zaletą ich położenia jest to, że leżą nad sztuczną zatoką powstałą pomiędzy dolną częścią palmy, pierwszą jej gałęzią, a stałym lądem. Z balkonów apartamentów, z tarasu restauracji oraz z spod parasoli ustawionych nad basenem i na plaży rozciąga się widok na błękitno-turkusowe wody zatoki, a w oddali mienią się w subtropikalnym słońcu zasnute lekką mgiełką drapacze chmur Dubai Mariny.

Dubai Marina Skyline ;)))) widok z Palmy

Dubai Marina widziana z „Palmy”

Dubai Marina to kolejna nowa dzielnica miasta. Jej projektanci postanowili, że – w odróżnieniu od twórców The World i The Palm Jumeira – nie będą tworzyć lądu na morzu, ale na stały ląd wpuszczą nieco morza. Tak powstała część Dubaju, której centrum jest kanał otoczony lasem wieżowców. Wokół kanału biegnie szeroka promenada, przy której rozłożyły się kawiarnie i restauracje. Jak sama nazwa wskazuje, Dubai Marina to także miejsce, gdzie cumują luksusowe jachty i łodzie motorowe, będące własnością mieszkańców dzielnicy.

Dubai Marina

Niejako lustrzanym odbiciem Dubai Mariny po drugiej stronie Sheik Zayed Road są Jumeirah Lake Towers – las wieżowców położony nad sztucznym kanałem. Po sąsiedzku leżą inne nowe, luksusowe i super nowoczesne osiedla, takie jak Emirates Hills.

Na końcu dubajskiego węża jest Jebel Ali – to tam powstaje nowa Palma, większa od tej
z Dżumajry, tam rośnie wielkie centrum logistyczno-transportowe Dubai World Central, którego centrum jest nowo otwarte, drugie w mieście lotnisko  Al-Maktoum International Airport.

Jeżeli, Drogi Turysto, znuży Cię ultranowoczesność, znudzi szkło i stal, rozboli szyja od patrzenia w górę na niebosiężne wieżowce, mam dla Ciebie dobrą wiadomość: Dubaj to także piękne parki –  m.in. Safa Park, czy Creek Park i piaszczyste plaże oraz rzeka.

Dubai Creek – dubajska rzeka pełna jest arabskich łodzi (tzw. dhow), co ciekawe – zupełnie nienowoczesnych. Rejs dhow’em jest niewątpliwie atrakcją. Położony nad Dubai Creek, tzw. Creek Park to jedno z ulubionych miejsc wypoczynku mieszkańców Dubaju. W centrum parku jest Children’s City – dubajski odpowiednik Centrum Nauki Kopernik.

Children's City

Children’s City w dubajskim Creek Parku

Zapytasz, Drogi Turysto, jak się poruszać po Dubaju? To dość proste – można odnieść wrażenie, że ¼ samochodów poruszających się po mieście samochodów jest beżowa – to taksówki. Wystarczy podnieść dłoń i na pewno któraś się zatrzyma. I tu „zaczynają się schody” – taksówkarze, w większości Hindusi i Pakistańczycy, nie zawsze znają angielski (w wersji zrozumiałej dla Europejczyka), a nawet jeśli nieobca im jest angielszczyzna spoza Subkontynentu Indyjskiego, może okazać się, że obce im jest… miasto i nie mają pojęcia, gdzie jechać. Kluczem do sukcesu jest „międzynarodowa współpraca” z taksówkarzem i adres miejsca do którego chcemy dotrzeć na papierze. Przyda się również mapa…

Jeżeli poruszasz się, Drogi Turysto, w okolicach niezbyt odległych od Sheikh Zayed Road (czyli po większej części Dubaju), polecam podróż metrem. Tutejsze metro jest w pełni automatyczne,  a tory biegną głównie po kilkudziesięciokilometrowej estakadzie, kilkanaście metrów nad ziemią.
W wagonach, jak i na stacjach, jest nieskazitelnie czysto i chłodno. Stacje przypominają złote kokony rozstawione co kilka kilometrów.

w dole - stacja metra "Burj Khalifa" i Sheik Zayed Road

stacja metra pod Burdż Chalifą

Emirat Dubaj, jak i pozostałe sześć Emiratów, to kraj muzułmański, wyjątkowo jednak, jak na tą część świata tolerancyjny wobec innowierców. Można odnieść wrażenie, że władze Emiratów wychodzą z założenia, że obywatele ZEA powinni przestrzegać praw zapisanych w Koranie, ale pozostali mieszkańcy mają prawo żyć po swojemu. Chrześcijanie, wyznawcy hinduizmu, czy buddyści mogą bez przeszkód chodzić do swoich kościołów i świątyń, praktykować swoją religię, byleby nie nawracali na swoją wiarę, ani głosili tez antyislamskich. Prawo Dubaju nie zna natomiast pobłażania dla narkotyków, spożycie alkoholu jest możliwe we własnym domu, czy pokoju hotelowym i w niektórych restauracjach, ale nie w miejscach publicznych. Karane jest także cudzołóstwo.

Dubaj – ten pocztówkowo-folderowy, sprzedawany jako produkt turystyczny europejskim turystom nie sprawia wrażenia miejsca, które zachwyci turystów, którzy oczekują czegoś więcej niż pięć, albo i siedem gwiazdek na fasadzie hotelu, obsługa hotelowa w wersji  all inclusive i wycieczki w celu obejrzenia „obligatoryjnych atrakcji turystycznych”.

Turystom nieco bardziej wymagającym nie odradzam Dubaju. Przeciwnie – polecam. Polecam alternatywny pomysł na Dubaj – bez all inclusive i zwiedzania miasta z hotelowym przewodnikiem z za okien autobusu. Dubaj to miejsce bezpieczne, dlatego warto wybrać się na przechadzkę po ulicach miasta, szczególnie Starego Centrum, Bastakiji, czy Al.-Barszy, podróżować taksówkami i metrem.

Warto pójść do jednego z parków i poczuć się dubajczykiem, co w wieloetnicznym Dubaju jest wyjątkowo łatwe, gdy na kocu obok trwa piknik rodziny Hindusów, rozmawiających w jednym z języków Indii, na ławeczce siedzi para anglojęzycznych Hindusów, a na placu zabaw nasze dziecko biega z małym Emirati (obywatelem Emiratów), angielskimi bliźniakami i 6-letnią Filipinką…

Safa Park – dubajski Central Park 😉

Dubaj to miejsce, gdzie codziennie jest taka sama pogoda (o czym więc w Dubaju rozmawiają Anglicy?). Dla nas Europejczyków, przyzwyczajonych do zmienności aury i pór roku, to tak, jakby Dubaj był gdzieś poza czasem lub na innej planecie – planecie Dubaj…

Nad Rzeką Dziewięciu Smoków i Morzem Wschodnim

Południowe regiony  Wietnamu to nie tylko Ho Chi Minh (Sajgon), to także m.in. wielka, gęsto zaludniona równina poprzecinana odnogami rzeki Mekong, a także wybrzeże Morza Południowochińskiego i stanowiącej jego część Zatoki Tajlandzkiej, wraz z największą wyspą kraju – Phu Quoc.

Mekong – zwany wietnamsku Song Me Kong lub Song Cuu Long (Rzeka Dziewięciu Smoków) – tworzy wielką deltę zajmującą obszar w przybliżeniu równy ¼ terytorium Polski.  Rzeka rozdziela się na płynące ku Morzu Południowochińskiemu odnogi już na terenie Kambodży, na wysokości Phnom Penh. Większa część delty leży jednak na terenie Wietnamu, na zachód od Miasta Ho Chi Minha.

Najbliżej południowowietnamskiej metropolii przepływa wschodnia odnoga Mekongu – Song Tien. By dotrzeć z Sajgonu nad Mekong najlepiej kierować się do miejscowości Mỹ Tho położonej około 1,5 godziny drogi od centrum metropolii. Droga prowadząca nad wielką rzekę na początku jest typową wielopasmową, miejską drogą ekspresową, potem zmienia się w dwupasmowy trakt wzdłuż, którego ciągnie się nieprzerwana ściana kramów, warsztatów, sklepików, fabryczek i magazynów. Po opuszczeniu aglomeracji sajgońskiej na kilkadziesiąt kilometrów droga zmienia się w prawdziwą autostradę (jak dowiedziałem się od wietnamskiego przewodnika – jedyną w kraju).  Ten fragment autostrady nr 1 bardzo przypomina autostradę Palmanova – Wenecja  łączącą włoskie regiony Friuli-Wenecja Julijska i Veneto. Podobnie jak jej włoska odpowiedniczka, wietnamska A1 przebiega przez płaską, gęsto zaludnioną, żyzną, rolniczą nizinę, jest prosta, a gdzieś daleko po lewej stronie jest morze (wiemy to, choć go nie widzimy).

W My Tho – 150-tysięcznym mieście nad Mekongiem – znajduje się przystań, z której odpływają niewielkie stateczki turystyczne. Celem większości z nich są cztery wyspy leżące po środku rzeki: Wyspa Żółwia, Wyspa Feniksa, Wyspa Smoka i Wyspa Jednorożca.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Lecz nim wybierzemy się w podróż mętną tonią Mekongu, warto zatrzymać się w świątyni Vĩnh Tràng, której największymi atrakcjami i symbolami są gigantyczne posągi Uśmiechniętego Buddy i Śpiącego Buddy oraz Pagoda.

Świątynia Vĩnh Tràng (My Tho)

Wyspy na Mekongu latem wyglądają, jak zanurzone w kawie z mlekiem. Mętne wody wielkiej azjatyckiej rzeki niosą o tej porze roku miliony ton mułu, piasku i gleby wypłukanych ze stoków Himalajów w Chinach, z wyżyn i gór Laosu i Birmy oraz nizin Kambodży.

Mekong

Wśród tej kawowo-mlecznej toni na czterech wysepkach można podpatrzeć, jak żyją tubylcy, spróbować miejscowych potraw, w tym przesmacznych owoców oraz miodu wprost od wietnamskich pszczół, odwiedzić manufakturę, w której powstają kokosowe cukierki pakowane w papier ryżowy. Wyspy pocięte są siecią małych kanałów, którymi można dotrzeć do serca  maleńkich osad i wiosek.

na wysepkach na Mekongu

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pyszne wietnamskie owoce

 

Inny pomysł na jednodniowy wypad poza miasto Ho Chi Minh to podróż do Vũng Tàu.

Vũng Tàu to nadmorski kurort położony nad Morzem Południowochińskim, ok. 70 km na południe od Sajgonu. Ze względu na swe położenie to ulubione miejsce weekendowego i wakacyjnego wypoczynku mieszkańców aglomeracji sajgońskiej.

Dla Wietnamczyków, którzy od lat toczą spór z Chińczykami o kilka skalistych wysepek na Morzu Południowochińskim, ta (używana przez nas Polaków) nazwa jest nie do przyjęcia, bo sugerowałaby, że morze należy do Chin.  Dlatego w Wietnamie używa się nazwy Morze Wschodnie, a na anglojęzycznych mapach widnieją słowa „The East Sea” (zamiast „The South China Sea„). Notabene stronom sporu nie chodzi wcale o wysepki, lecz o dno morskie wokół nich, a właściwie to, co pod nim – o ropę naftową…

Z uwagi na stan dróg i gigantyczny ruch, najszybszy sposób na dotarcie do Vũng Tàu to podróż wodolotem.  Wodoloty odpływają kilka razy dziennie z przystani nieopodal sajgońskiej dzielnicy finansowej, a kurs w jedną stronę trwa ok. półtorej godziny.  Szeroka, mętna w lecie rzeka wije się przez dzielnice przemysłowe Miasta Ho Chi Minha. Mimo swego oddalenia od morza, Ho Chi Minh to duży port morski. Funkcję basenu portowego pełni około 20-kilometrowy odcinek rzeki Sajgon rozciągający od centrum miasta w dół jej nurtu. Tu też powstają nowe dzielnice miasta.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rzeka Sajgon w… Sajgonie

Po półgodzinie rejsu miasto ustępuje dżungli…

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

rzeka Sajgon i nadsajgońska dżungla

Ten odcinek rzeki Sajgon nieodparcie przywodzi na myśl wojnę wietnamską, a właściwie jej kinowy obraz. Patrząc na mętną toń rzeki i gęstą zieleń dżungli, można odnieść wrażenie, że za chwilę nadlecą amerykańskie śmigłowce i skoszą fragment tropikalnego lasu ogniem karabinów.

Lecz podróż do Vũng Tàu to nie tylko rejs w dół rzeki Sajgon. Ostatni fragment szlaku wodnego z metropolii do nadmorskiego kurortu wiedze wśród morskich fal. Vũng Tàu leży nie leży nad rzeką, ani nawet u jej ujścia, lecz na cyplu znajdującym się po drugiej stronie zatoki,  niemal naprzeciw ujścia rzeki Sajgon do morza. Najkrótsza droga prowadzi wśród morskich fal, przez środek zatoki.

P8180029.JPG

w oddali Vũng Tàu

Morski odcinek rejsu Sajgon – Vũng Tàu przypomina nieco off-roadową jadę samochodem terenowym, wodolot wzbija się nad fale, by chwilę potem zaryć w morską toń rozbryzgując wodę wysoko ponad pokład.  Bywa i tak, jak w trakcie naszej podróży powrotnej do Sajgonu, kiedy to fale okazały się zbyt wysokie dla naszej, de facto śródlądowej jednostki pływającej i miast wodolotu podstawiono dla pasażerów… autobus, który przewiózł nas do małego portu (przeznaczonego prawdopodobnie dla okrętów wietnamskiej morskiej straży granicznej), położonego u ujścia jednej z odnóg rzeki Sajgon. Tam, w miejscu nieprzygotowanym do cumowania wodolotu, po ustawionym niesamowicie stromo trapie, wpuszczono nas na pokład. Wodolot skierował się w boczną odnogę rzeki, by po około półgodzinie rejsu dotrzeć do jej głównego nurtu i dalej podążyć ku Sajgonowi.

Samo Vũng Tàu to kurort pełen wielkich hoteli. Miasto nie zachwyca (podobnie jak „wakacyjne stolice” w Europie), zachwyca natomiast plaża i morze – drobniutki jasny piasek i ciepła toń, w której miło się zanurzyć.

Sierpień nie jest okresem wakacyjnym w Wietnamie, dlatego nie jestem w stanie powiedzieć, jak jest w Vũng Tàu w szczycie sezonu wakacyjnego, natomiast w czasie polskich wakacji, miasto jest miejscem wyjątkowo spokojnym. Szczególnie, gdy się je porówna do „sajgonu” w Sajgonie. Miło było odpocząć od hoczimińskiego ruchu ulicznego i przechodzić przez ulicę spokojnie, bez obaw o swoje zdrowie i życie 😉

Zgoła inaczej niż w dzielnicy hotelowej jest w okolicach portu i terminalu „wodolotowego”. Ta część Vũng Tàu skrywa się w zatoce za cyplem. Od reszty miasta oddziela ją zalesione wzgórze, zwieńczone wielką postacią Chrystusa. Ten wielki pomnik przywodzi na myśl Rio de Janeiro – można powiedzieć, że znaleźliśmy się w „wietnamskim Rio”. Jezus górujący nad dalekowschodnim kurortem może zaskakiwać, jednak należy pamiętać, że ok. 10% Wietnamczyków to chrześcijanie, a największym ich skupiskiem są właśnie południowe prowincje.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Vung Tau – wietnamskie Rio 😉

Zatoka portowa ma swój urok. Niewiele tu hoteli, w porcie stoi wiele kolorowych łódeczek i kutrów, w pobliżu terminalu jest kilka spokojnych kawiarni i restauracji, a nad okolicą górują dwa soczyście zielone wzgórza: to „chrystusowe” oraz drugie, większe, na szczyt którego można dotrzeć kolejką górską.

OLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERAOLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

zatoka portowa w Vũng Tàu

Tu, u stóp „wietnamskiego Chrystusa”, turyści żegnają się z Vũng Tàu i odpływają do Sajgonu (lub – jak my – odjeżdżają autobusem w pogoni za wodolotem).

***

Inna „południowowietnamska opcja” to Phu Quoc, ale o tym już w kolejnym blogu.

Niezły Sajgon!… czyli Ho Chi Minh

Kiedy planowaliśmy kolejny rodzinny wyjazd do Azji Południowo-Wschodniej, szybko zdecydowaliśmy, że celem naszej podróży będzie Wietnam (a konkretnie Ho Chi Minh City).  Ten azjatycki kraj skusił nas nie tylko dlatego, że dzięki połączeniom lotniczym „via Zatoka Perska” można tam szybko i niedrogo dotrzeć, ale także był dla nas wielką zagadką.

Nam, Polakom, kraj ten kojarzy się głównie z wojną wietnamską, wielokrotnie przedstawianą w amerykańskich filmach. Ci, którzy pamiętają czasy „komuny” zapewne przypomną sobie, że komunistyczny Wietnam był sojusznikiem PRL-u. O współczesnym Wietnamie mówi się jednak niewiele. 90-milionowy kraj, w II połowie XX wieku tak ciężko doświadczony przez historię, dziś jest oazą spokoju – nie targają nim konflikty etniczne, nie ma tu zamachów terrorystycznych, szczęśliwie omijają go spektakularne katastrofy naturalne i klęski  żywiołowe. W Polsce Wietnam nie jest – póki co – popularnym celem wakacyjnych wyjazdów naszych rodaków, dlatego pozostaje w cieniu Tajlandii, Malezji, Sri Lanki, a nawet indonezyjskiej wyspy Bali, czy Chin.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

sajgoński wieczór

Wyjeżdżając do Wietnamu nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zastanawialiśmy się, czy miasto Ho Chi Minh bardziej przypomina nowoczesne metropolie takie jak Tajpej, Hongkong, czy Singapur, miejskie dżungle jak Bangkok, czy Kuala Lumpur, czy chaotyczne i biedne miasta krajów rozwijających się.

Wiedzieliśmy, że Wietnam to kraj, który poszedł „chińską drogą” – że politycznie panuje tam komunizm, ale ekonomicznie – kapitalizm.

No i faktycznie – w Ho Chi Minh przedsiębiorczość kwitnie, wręcz wylewa się na ulice, można odnieść wrażenie, że każdy tu czymś handluje lub oferuje jakieś usługi – całkowite przeciwieństwo komunistycznej gospodarki nakazowo-rozdzielczej, w której nie toleruje się własności prywatnej. Z drugiej strony na ulicach często widuje się takie oto plakaty i billboardy jak poniżej:

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„komunistyczny billboard” w centrum Sajgonu

Lektura notek o Ho Chi Minh City w internecie uświadomiła mi, że największe miasto Wietnamu to prawdziwy moloch. Miasto ma – wg różnych danych – 7 lub 9 milionów mieszkańców, a więc znacznie więcej niż większość europejskich stolic i może się równać z megamiastami Starego Kontynentu takimi, jak Londyn, Paryż, Stambuł, czy Moskwa.

Pisząc o mieście Ho Chi Minh nie da się pominąć tego pana z bródką na zdjęciu poniżej.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

portret Ho Chi Minha w budynku dawnej Poczty Głównej

To Nguyen Sinh Cung, znany również jako Nguyen Tat Thành i Nguyen Ai Quoc. Człowiek ten nie przeszedł do historii pod żadnym z tych nazwisk, lecz w kolejnym ze swoich wcieleń – jako Ho Chi Minh, przywódca wietnamskich komunistów i prezydent komunistycznego Wietnamu.

Dla wielu osób nazwa „Ho Chi Minh”, „Thành phố Hồ Chí Minh” (pełna wietnamska nazwa), czy „Ho Chi Minh City” (jej angielski odpowiednik)  może wydawać się egzotyczna i z pewnością wiele osób – jeśli nie kojarzą jej z nazwiskiem przywódcy komunistycznego Wietnamu – może mieć problem ze wskazaniem, co to za miasto i gdzie jest położone.

Z pewnością więcej skojarzeń budzi stara nazwa miasta – SAJGON. Sajgon był stolicą francuskich kolonii w Indochinach, a więc było centrum administracyjnym organizmu obejmującego terytorium dzisiejszego Wietnamu, Laosu i Kambodży, jest tłem wydarzeń wielu filmów i powieści, których akcja rozgrywa się w Azji Południowo-Wschodniej w czasach kolonialnych (m.in. słynny „Kochanek”). To Francuzi podnieśli status miasta i uczynili z małej miejscowości metropolię. Od 1954 roku Sajgon był stolicą Wietnamu Południowego (Republiki Wietnamu), był miejscem ostatecznej klęski wojsk amerykańskich w czasie wojny wietnamskiej, a tamtejsza ambasada amerykańska – sceną panicznej ucieczki Amerykanów.

Po zajęciu miasta przez komunistów, Sajgon utracił stołeczny status (stolicą komunistycznego Wietnamu było i jest miasto Hanoi), w 1976 roku także nazwę. Mimo, że od 40 lat metropolia nosi nowe imię na cześć prezydenta komunistycznego Wietnamu, stara nazwa nadal jest powszechnie używana – nazwę „Sajgon” oficjalnie nosi 1. Dzielnica, czyli centrum miasta, ale jako określenia całej metropolii, używają jej mieszkańcy miasta i turyści, a także piloci w zagranicznych liniach lotniczych, „Saigon” lub „Sai Gon” pojawia się w nazwach firm, budynków, produktów (m.in. piwa), nazwę „Sajgon” nosi także rzeka przepływająca przez miasto.

Wiem, że są tacy „puryści” w zakresie nazewnictwa geograficznego, którzy mówią „Nie żaden Sajgon! Ho Chi Minh!”, jednak ja mimo wszystko będę używał nazwy tradycyjnej i potocznej. 😉

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

rzeka Sajgon

W Sajgonie panuje prawdziwy… „Sajgon” – mam tu na myśli ruch uliczny.  Miasto ma sieć metra… w budowie (budowę pierwszej linii metra rozpoczęto w sercu miasta, w pobliżu Bitexco Tower i dawnego Ratusza). Póki co, sieć komunikacji miejskiej tego 7-milionowego molocha opiera się na autobusach, taksówkach i rikszach. Można jednak odnieść wrażenie, że większość mieszkańców miasta postanowiła korzystać z własnych środków transportu. I to nie samochodów, lecz motocykli i skuterów…

Samochodów w mieście jest dużo, jednak liczba jednośladów na ulicach bije tu światowe rekordy. Gdyby Katie Melua odwiedziła Sajgon przed napisaniem piosenki „Nine Million Bicycles in Beijing” z pewnością nosiłaby ona zupełnie inny tytuł, a mianowicie: „Nine Million Motor Scooters in Saigon”.

Ulicami miasta płynie 24 godziny na dobę nieprzerwana rzeka jednośladów (głównie skuterów), nierzadko wylewa się na chodniki płynie pod prąd rzeki samochodów. Skutery zaanektowały większość chodników, gdzie właściciele budynków, restauracji, czy barów urządzają parkingi dla jednośladów. W gąszczu tych pojazdów, na małym krzesełku, nierzadko siedzi ochroniarz, który ich pilnuje, wydaje bilety parkingowe, pobiera opłaty, a na koniec wydaje same skutery ich właścicielom. Skutery nierzadko pełnią funkcję samochodów dostawczych, załadowane na wysokość 2 metrów skrzyniami, czy pudłami, podziw budzi umiejętność utrzymania przez kierowcę równowagi, nie mówiąc już jeździe takim „piętrusem”. Jednoślady są w Wietnamie pojazdami rodzinnymi, bardzo często widuje się tam skutery na których siedzi dwoje dorosłych oraz dwoje dzieci – jedno między ojcem kierowcą a kierownicą i drugie między rodzicami.

O ile poza Sajgonem wielu ludzi po prostu nie stać na samochód i są skazani na poruszanie się skuterami lub motocyklami, to w samym mieście można odnieść wrażenie, że wielu jego mieszkańców wybrało jednoślady z powodów praktycznych. Po prostu skuterem lub motorem łatwiej i szybciej dotrzeć można do celu, niż samochodem.

Co ciekawe, Wietnamczycy nie podchodzą do jazdy skuterami tak lekkomyślnie, jak na przykład Włosi, którzy często jeżdżą bez kasków. Tu niemal wszyscy mają kaski. Na ulicach widać, że dzięki wielkiej popularności jednośladów, powstał cały przemysł „wokółmotocyklowy” – pełno tu salonów sprzedaży skuterów i motocykli, warsztatów naprawczych po gołym niebem, są też setki sklepów z skuterowymi gadżetami. Najważniejszym gadżetem jest oczywiście kask – głowy Wietnamczyków chronią zwykłe jednokolorowe kaski, jakie można spotkać w Polsce, ale sporo jest także kasków pełnych udziwnień i dodatkowych funkcji. Kaski dla Pań można kupić w specjalnych działach sklepów z czapkami i kapeluszami, przy czym różnorodność modeli, fasonów i wzorów powinna zadowolić każdą elegantkę (są m.in. kaski ze specjalnym wycięciem na kucyki i warkocze).

Drugim ważnym akcesorium dla motocyklisty jest maseczka. Jako, że poruszanie się wśród tysięcy jednośladów i setek samochodów naraża na ciągłe wdychanie spalin, wielu skuterzystów i motocyklistów używa masek – z jednej strony są to zwykłe maski, jakie można kupić w sklepie medycznym, czy aptece (wówczas wietnamski skuterzysta wygląda jak szalony chirurg), z drugiej jest cała masa masek „dedykowanych” dla kierowców jednośladów (szczególnie dla kobiet), ozdobionych różnymi wzorami, w różnych kolorach, czasem także podpinanych do kasków. Przez część roku w Wietnamie jest pora deszczowa, wtedy skuterzyście może przydać się peleryna. Jak w przypadku kasków i masek, tak i wersji peleryn jest wiele: od zwykłych peleryn „dla pieszych”, po peleryny o specjalnym kroju pozwalającym na ukrycie pod nią nie tylko skuterzysty, ale i części jego pojazdu (widziałem peleryny ze specjalnymi otworami na ręce i manetki. Są również peleryny wieloosobowe, pod którymi mieści się skuterzysta, część skutera, a także jego pasażerowie.

Można odnieść wrażenie, że na ulicach Sajgonu panuje kompletny chaos. Do tego, ja osobiście od w chwili pierwszego przejścia przez sajgońską ulicę, miałem poczucie, że życie moje, mojego synka i żony w trakcie przedzierania się na drugą stronę ulicy, wisi na włosku… Jednak po kilku dniach w mieście, odkryłem że ruchem ulicznym rządzą pewne zasady, które powodują, że mimo niesamowitego tłoku nie ma tu wypadków, stłuczek, nikt się nie denerwuje, nie krzyczy. Jeżeli chcesz przejść bezpiecznie przez ulicę, po prostu idź. I nie przejmuj się tym, że pięciuset motocyklistów jedzie w twoim kierunku. Na pewno ci się nic nie stanie. Może przejadą centymetr od twoich nóg, ale na pewno nie odniesiesz ran… Tu każdy jest na torze kolizyjnym z dziesiątkami innych użytkowników dróg…, ale do kolizji nie dochodzi.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jako, że poruszanie się po Sajgonie nie jest łatwiej, najlepiej skupić się na zwiedzaniu centrum miasta.

Ja zwiedzając miasto, lubię zanurzyć się nim, przebywać wśród tubylców. W Sajgonie z tym nie ma problemu, tubylców Ci tam dostatek. By zobaczyć jak sajgończycy spędzają czas wolny, warto wejść do parku Tao Dan. OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Park Tao Dan

Pośród bujnej zieleni wzdłuż parkowych alejek ustawiono dziesiątki zielonych ławeczek, na których odpoczywają starzy i młodzi Wietnamczycy, na placach zabaw bawią się dzieci. W centrum parku stoi niewielki, otoczony gęstą, różnorodną roślinnością, ołtarz poświęcony buddyjskim bóstwom, a nieopodal mała, piękna świątynia.

W parku jest też bar z napojami (do wyboru mają wodę mineralną, coca-colę, różne wersje herbaty mrożonej, ale także mleczko koksowe prosto z kokosa). Goście siedzą tutaj na małych dziecięcych krzesełkach, przy małych stoliczkach – co na pierwszy rzut oka wygląda zabawnie, ale niewysocy Wietnamczycy bez problemu wpasowują się w te ogrodowe mini-mebelki (ja również ;)).

Wejścia do parku zabezpieczono prętami, linami lub szlabanami, by uniemożliwić kierowcom jednośladów wjazd do tego cichego zakątka miasta.

Park Tao Dan przez ulicę sąsiaduje z parkiem otaczającym Pałac Zjednoczenia. Sam pałac to dawna siedziba prezydenta Wietnamu Południowego. Tą nieciekawą architektonicznie budowlę wzniesiono w miejscu siedziby francuskiego gubernatora Indochin. Dziś pełni ona funkcję muzeum, a w jej ogrodach stoją północnowietnamskie czołgi, które forsując ogrodzenie pałacu symbolicznie zakończyły istnienie Wietnamu Południowego.

Pałac sąsiaduje z kwartałami ulic, których sercem są dwie budowle będące pamiątka po francuskich kolonistach:  Katedra Notre-Dame oraz dawna Poczta Główna.

Katedra Notre-Dame

Katedra Notre-Dame nie jest tylko martwą pozostałością po europejskich kolonizatorach, pamiątką po nieistniejącej chrześcijańskiej społeczności europejskich najeźdźców. Wietnamczycy przejęli do Francuzów nie tylko bagietki, zamiłowanie do kawy i łaciński alfabet, ale także katolicyzm. Dziś katolicy i inni chrześcijanie stanowią ok. 10% ludności Wietnamu, czyli circa 9 mln wyznawców zamieszkujących głównie Sajgon i sąsiednie prowincje kraju.

W cieniu strzelistych wież katedry można poczuć się jak w Europie.

O ile katedra to symbol budownictwa sakralnego z czasów dominacji francuskiej w Wietnamie, to dawna Poczta Główna jest przykładem kolonialnego budynku publicznego.

Poczta Główna

Ciekawostką jest fakt, że stalową konstrukcję budynku zaprojektował twórca wieży Eiffla – Gustaw Eiffel. Dziś Poczta Główna to głównie atrakcja turystyczna, choć nadal można tu kupić znaczki. Na turystów i petentów spogląda „pan z kozią bródką” – Ho Chi Minh.

Za rogiem postkolonialnej poczty znaleźliśmy spokojną uliczkę pełną księgarń – Nguyễn Văn Bình.

Nieopodal meandrów rzeki Sajgon mieści się sajgońska (hoczimińska) dzielnica biznesowa, nad którą góruje Bitexco Financial Tower – najwyższy budynek w Sajgonie i w całym Wietnamie. Charakterystycznym elementem wieży Bitexco jest wystający poza fasadę wieżowca taras z lądowiskiem dla helikopterów.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Bitexco Financial Tower

Z punkt widokowego na 49. i restauracji na 50. piętrze Bitexco roztacza się zapierający dech w piersiach widok na miasto. Z tej perspektywy widać ogrom miasta. Nieprzerwany kobierzec budynków ciągnie się aż po horyzont. Jedyna słabo zurbanizowana część miasta leży nieopodal wieży Bitexco – na przeciwległym brzegu rzeki Sajgon, jednak prowadzone tam prace budowlane każą domniemywać, że niedługo ta część miasta również zmieni się w labirynt budynków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

jeden z dopływów rzeki Sajgon (widziany z Bitexco Financial Tower)

Z 49.i 50. piętra wieży Bitexco można zobaczyć nie tylko rzekę Sajgon, ale jej dopływy, a także większość najważniejszych budynków w mieście, m.in.: Pałac Zjednoczenia, Komitet Ludowy Miasta Ho Chi Minh (dawny Ratusz Miejski), aleję Ngyuen Hue, Pocztę Główną, czy targ Ben Thanh.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pałac Zjednoczenia i fragment Parku Tao Dan

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

siedziba Komitetu Ludowego Miasta Ho Chi Minh (dawny Ratusz) i aleja Nguyen Hue z pomnikiem Ho Chi Minha, w oddali: żółty budynek Poczty Głównej oraz czubek wieży Katedry Notre-Dame

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

aleja Ngyuen Hue

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

targ Ben Thanh  i fragment alei Le Loi

Wieża Bitexco to idealne miejsce, by z góry zobaczyć charakterystyczną zabudowę miasta – przypominające rzędy książek na bibliotecznej półce ciągi wąskich, kilkupiętrowych budynków.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

kolorowy, chaotyczny patchwork budynków – tomy książek na ulicznej półce

Jednym  z charakterystycznych miejsc widocznych z Bitexco Financial Tower jest leżąca nieopodal aleja Nguyen Hue – długi i szeroki bulwar ciągnący się pomiędzy nabrzeżami rzeki Sajgon a siedzibą Komitetu Ludowego Miasta Ho Chi Minh (dawny kolonialny Ratusz).  Dawna siedziba francuskiego mera i pobliski pomnik Ho Chi Minha to dwa symbole alei Nguyen Hue i ulubione miejsca do robienia zdjęć.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

pomnik  Ho Chi Minha i Komitet Ludowy Miasta Ho Chi Minh (dawny Ratusz)

Puls miasta bije na tysiącach zatłoczonych uliczek, pełnych ludzi i skuterów, restauracyjek, barów i sklepików, gdzie chodniki są raczej wielkimi parkingami dla skuterów i targowiskami, niż ścieżkami dla pieszych. Tłok na tutejszych ulicach panuje całą dobę, ale wyjątkowo tłocznie jest wieczorem. Wówczas przejście przez ulicę mrozi krew w żyłach, a część skuterów, by ominąć korki, przemyka po chodnikach, manewrując pomiędzy przechodniami, ulicznymi sprzedawcami i stojakami z reklamami sklepów i barów.

Jednak ten chaos ma swój urok. Kiedy znalazłem się na szerokiej alei Le Lai i skręciłem w ulicę Do Quang Dau znalazłem się w miejscu, które idealnie odpowiadało moim wyobrażeniom o dalekowschodniej ulicy – wąska, krótka ulica, niesamowicie zatłoczona, dziesiątki rowerów, motorów i skuterów przedzierało przez gęsty tłum pieszych i lawirowało pomiędzy pojedynczymi samochodami. Wszyscy – pieszy, kierowcy samochodów i jednośladów – poruszali się slalomem ignorując kierunki ruchu, sprawnie omijając się na wzajem. Ulica nie była pozbawiona chodnika, jednak ten pełnił zupełnie inną funkcję, niżby wskazywała nazwa. Wąskie pasy płyt chodnikowych były miejscem handlu i konsumpcji, a także siedzibą wielu przenośnych punktów usługowych – obok knajpki, w której jedliśmy obiad, na krawężniku pewna Wietnamka rozłożyła przenośny zakład kosmetyczny…

ulica  Do Quang Dau

Wielkie bogactwo usług do wyboru zapewniały także stacjonarne punkty handlowe i usługowe – na przestrzeni kilku metrów mieścił się pub, biuro podróży, kilka restauracyjek i barów, spa, stragan z ciuchami i pizzeria, a także stoiska z owocami. Do Quang Dau – jak każda inna ulica w mieście – „przystrojona” jest dziesiątkami kabli, które na słupach tworzą coś, co przypomina gigantyczne węzły.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„węzeł gordyjski” kabli na rogu Bui Vien i Do Quang Dau

Ulicą Do Quang Dau można dotrzeć do wąskiej, ale długiej ulicy Bui Vien.
Bui Vien jest równie zatłoczona, jak Do Quang Dau, niewiele szersza i wyraźnie nastawiona ma turystów. Ta ulica to ciąg restauracji, barów i sklepików. Jednak Bui Vien ma swój urok – Wietnamczycy nie są nachalni, więc spokojnie można się przechadzać tą ulica, w powietrzu unosi się zapach wietnamskich dań, a sklepiki i kramiki pełne są dość oryginalnych t-shirtów i czapek z wietnamskimi motywami (najpopularniejszy z nich to pan z bródką – Ho Chi Minh).

Polecam knajpkę Cong Cafe  (a właściwie „Cong Ca Phe„) odwołującą się do… Wietkongu:

W Cong Cafe obsługa jest ubrana w stroje przypominające mundury żołnierzy i partyzantów Wietkongu, pełno tam czerwonych transparentów, główna sala wygląda jakby przed chwilą opuścili go rewolucjoniści, a toalety o ciemnozielonych ścianach, podparte stemplami mają udawać wychodki w okopach.

Gdy poczujecie znużenie wielkomiejskim tłokiem, kiedy postanowicie odpocząć od miejskiego gwaru, warkotu milionów skuterów, proponuję wypad poza Miasto Ho Chi Minha  – do Delty Mekongu, do Vung Tau nad Morze Południowochińskie lub na wyspę Phu Quoc. Ale to już zupełnie inna historia…

„Wietnam część 2” – w kolejnym wpisie na blogu.

Lisbon Story 2 / Electricos & Elevadores

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Elevador da Glória

Calçada da Glória to stroma ulica łącząca Praça Restauradores – jeden z trzech wielkich placów w centralnej części Lizbony – z położoną na wzgórzu dzielnicą Bairro Alto. Znakiem rozpoznawczym tej ulicy jest Elevador da Glória – najpopularniejszy chyba i najbardziej fotogeniczny funikular w stolicy Portugalii. Napisałem „funikular” choć do końca nie jestem pewien, czy to określenie jest poprawne. „Ciotka Wikipedia” podpowiedziała takie określenie opatrując zdjęcie przedstawiające Elevador da Glória podpisem „funikular uliczny Elevador da Glória„, ale nazwy poszczególnych funikularów wprowadzają lekkie zamieszanie – „elevadorem” nazwano także klasyczną windę Santa Justa, ale i funikular – Elevador da Bica, tymczasem niemal identyczny pojazd w innej części miasta nazwano „ascensorem” – chodzi o Ascensor do Lavra. Ot, zawiłości portugalszczyzny…

Elevador da Glória wygląda jak klasyczny stary tramwaj, w którym ktoś majstrował przy podwoziu i zapomniał schować część jego wnętrzności z powrotem w jego blaszane ciało. Nocą na oświetlonej bladym światłem Calçada da Glória, gdy spojrzeć z dołu, elevador przypomina żółtego blaszanego cyklopa spoglądającego z góry swym świecącym okiem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

„funikularowa” mijanka

Jednak ten cyklop nie jest straszny… lecz oswojony i pożyteczny. Przy akompaniamencie stukotu kół i pomruku starej maszynerii przenosi turystów i tubylców z wielkiego, pełnego samochodów placu Restauradores w wąskie uliczki Bairro Alto. Ja wielokrotnie dałem się przenieść tam i z powrotem. To tu, pomiędzy Calçada da Glória a Travessa do Fala-Só była moja lizbońska baza wypadowa (http://gloriadesignsuites.pt/).

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Górna stacja Elevador da Glória

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nim wszedłem w labirynt uliczek Bairro Alto, wspiąłem się wyżej – na punkt widokowy Sao Pedro de Alcantara. Stąd roztacza się zapierający dech w piersiach widok na starą Lizbonę.

IMAG4844_1

Zamek Św. Jerzego (Castello Sao Jorge), w dole dzielnica Baixa, w oddali rzeka Tag

Czytaj dalej

Lisbon Story

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rua da Santa Luzia, dzielnica Alfama

Czytaj dalej