Kiedy planowaliśmy kolejny rodzinny wyjazd do Azji Południowo-Wschodniej, szybko zdecydowaliśmy, że celem naszej podróży będzie Wietnam (a konkretnie Ho Chi Minh City). Ten azjatycki kraj skusił nas nie tylko dlatego, że dzięki połączeniom lotniczym „via Zatoka Perska” można tam szybko i niedrogo dotrzeć, ale także był dla nas wielką zagadką.
Nam, Polakom, kraj ten kojarzy się głównie z wojną wietnamską, wielokrotnie przedstawianą w amerykańskich filmach. Ci, którzy pamiętają czasy „komuny” zapewne przypomną sobie, że komunistyczny Wietnam był sojusznikiem PRL-u. O współczesnym Wietnamie mówi się jednak niewiele. 90-milionowy kraj, w II połowie XX wieku tak ciężko doświadczony przez historię, dziś jest oazą spokoju – nie targają nim konflikty etniczne, nie ma tu zamachów terrorystycznych, szczęśliwie omijają go spektakularne katastrofy naturalne i klęski żywiołowe. W Polsce Wietnam nie jest – póki co – popularnym celem wakacyjnych wyjazdów naszych rodaków, dlatego pozostaje w cieniu Tajlandii, Malezji, Sri Lanki, a nawet indonezyjskiej wyspy Bali, czy Chin.

sajgoński wieczór
Wyjeżdżając do Wietnamu nie wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Zastanawialiśmy się, czy miasto Ho Chi Minh bardziej przypomina nowoczesne metropolie takie jak Tajpej, Hongkong, czy Singapur, miejskie dżungle jak Bangkok, czy Kuala Lumpur, czy chaotyczne i biedne miasta krajów rozwijających się.
Wiedzieliśmy, że Wietnam to kraj, który poszedł „chińską drogą” – że politycznie panuje tam komunizm, ale ekonomicznie – kapitalizm.
No i faktycznie – w Ho Chi Minh przedsiębiorczość kwitnie, wręcz wylewa się na ulice, można odnieść wrażenie, że każdy tu czymś handluje lub oferuje jakieś usługi – całkowite przeciwieństwo komunistycznej gospodarki nakazowo-rozdzielczej, w której nie toleruje się własności prywatnej. Z drugiej strony na ulicach często widuje się takie oto plakaty i billboardy jak poniżej:

„komunistyczny billboard” w centrum Sajgonu
Lektura notek o Ho Chi Minh City w internecie uświadomiła mi, że największe miasto Wietnamu to prawdziwy moloch. Miasto ma – wg różnych danych – 7 lub 9 milionów mieszkańców, a więc znacznie więcej niż większość europejskich stolic i może się równać z megamiastami Starego Kontynentu takimi, jak Londyn, Paryż, Stambuł, czy Moskwa.
Pisząc o mieście Ho Chi Minh nie da się pominąć tego pana z bródką na zdjęciu poniżej.

portret Ho Chi Minha w budynku dawnej Poczty Głównej
To Nguyen Sinh Cung, znany również jako Nguyen Tat Thành i Nguyen Ai Quoc. Człowiek ten nie przeszedł do historii pod żadnym z tych nazwisk, lecz w kolejnym ze swoich wcieleń – jako Ho Chi Minh, przywódca wietnamskich komunistów i prezydent komunistycznego Wietnamu.
Dla wielu osób nazwa „Ho Chi Minh”, „Thành phố Hồ Chí Minh” (pełna wietnamska nazwa), czy „Ho Chi Minh City” (jej angielski odpowiednik) może wydawać się egzotyczna i z pewnością wiele osób – jeśli nie kojarzą jej z nazwiskiem przywódcy komunistycznego Wietnamu – może mieć problem ze wskazaniem, co to za miasto i gdzie jest położone.
Z pewnością więcej skojarzeń budzi stara nazwa miasta – SAJGON. Sajgon był stolicą francuskich kolonii w Indochinach, a więc było centrum administracyjnym organizmu obejmującego terytorium dzisiejszego Wietnamu, Laosu i Kambodży, jest tłem wydarzeń wielu filmów i powieści, których akcja rozgrywa się w Azji Południowo-Wschodniej w czasach kolonialnych (m.in. słynny „Kochanek”). To Francuzi podnieśli status miasta i uczynili z małej miejscowości metropolię. Od 1954 roku Sajgon był stolicą Wietnamu Południowego (Republiki Wietnamu), był miejscem ostatecznej klęski wojsk amerykańskich w czasie wojny wietnamskiej, a tamtejsza ambasada amerykańska – sceną panicznej ucieczki Amerykanów.
Po zajęciu miasta przez komunistów, Sajgon utracił stołeczny status (stolicą komunistycznego Wietnamu było i jest miasto Hanoi), w 1976 roku także nazwę. Mimo, że od 40 lat metropolia nosi nowe imię na cześć prezydenta komunistycznego Wietnamu, stara nazwa nadal jest powszechnie używana – nazwę „Sajgon” oficjalnie nosi 1. Dzielnica, czyli centrum miasta, ale jako określenia całej metropolii, używają jej mieszkańcy miasta i turyści, a także piloci w zagranicznych liniach lotniczych, „Saigon” lub „Sai Gon” pojawia się w nazwach firm, budynków, produktów (m.in. piwa), nazwę „Sajgon” nosi także rzeka przepływająca przez miasto.
Wiem, że są tacy „puryści” w zakresie nazewnictwa geograficznego, którzy mówią „Nie żaden Sajgon! Ho Chi Minh!”, jednak ja mimo wszystko będę używał nazwy tradycyjnej i potocznej. 😉

rzeka Sajgon
W Sajgonie panuje prawdziwy… „Sajgon” – mam tu na myśli ruch uliczny. Miasto ma sieć metra… w budowie (budowę pierwszej linii metra rozpoczęto w sercu miasta, w pobliżu Bitexco Tower i dawnego Ratusza). Póki co, sieć komunikacji miejskiej tego 7-milionowego molocha opiera się na autobusach, taksówkach i rikszach. Można jednak odnieść wrażenie, że większość mieszkańców miasta postanowiła korzystać z własnych środków transportu. I to nie samochodów, lecz motocykli i skuterów…
Samochodów w mieście jest dużo, jednak liczba jednośladów na ulicach bije tu światowe rekordy. Gdyby Katie Melua odwiedziła Sajgon przed napisaniem piosenki „Nine Million Bicycles in Beijing” z pewnością nosiłaby ona zupełnie inny tytuł, a mianowicie: „Nine Million Motor Scooters in Saigon”.
Ulicami miasta płynie 24 godziny na dobę nieprzerwana rzeka jednośladów (głównie skuterów), nierzadko wylewa się na chodniki płynie pod prąd rzeki samochodów. Skutery zaanektowały większość chodników, gdzie właściciele budynków, restauracji, czy barów urządzają parkingi dla jednośladów. W gąszczu tych pojazdów, na małym krzesełku, nierzadko siedzi ochroniarz, który ich pilnuje, wydaje bilety parkingowe, pobiera opłaty, a na koniec wydaje same skutery ich właścicielom. Skutery nierzadko pełnią funkcję samochodów dostawczych, załadowane na wysokość 2 metrów skrzyniami, czy pudłami, podziw budzi umiejętność utrzymania przez kierowcę równowagi, nie mówiąc już jeździe takim „piętrusem”. Jednoślady są w Wietnamie pojazdami rodzinnymi, bardzo często widuje się tam skutery na których siedzi dwoje dorosłych oraz dwoje dzieci – jedno między ojcem kierowcą a kierownicą i drugie między rodzicami.
O ile poza Sajgonem wielu ludzi po prostu nie stać na samochód i są skazani na poruszanie się skuterami lub motocyklami, to w samym mieście można odnieść wrażenie, że wielu jego mieszkańców wybrało jednoślady z powodów praktycznych. Po prostu skuterem lub motorem łatwiej i szybciej dotrzeć można do celu, niż samochodem.
Co ciekawe, Wietnamczycy nie podchodzą do jazdy skuterami tak lekkomyślnie, jak na przykład Włosi, którzy często jeżdżą bez kasków. Tu niemal wszyscy mają kaski. Na ulicach widać, że dzięki wielkiej popularności jednośladów, powstał cały przemysł „wokółmotocyklowy” – pełno tu salonów sprzedaży skuterów i motocykli, warsztatów naprawczych po gołym niebem, są też setki sklepów z skuterowymi gadżetami. Najważniejszym gadżetem jest oczywiście kask – głowy Wietnamczyków chronią zwykłe jednokolorowe kaski, jakie można spotkać w Polsce, ale sporo jest także kasków pełnych udziwnień i dodatkowych funkcji. Kaski dla Pań można kupić w specjalnych działach sklepów z czapkami i kapeluszami, przy czym różnorodność modeli, fasonów i wzorów powinna zadowolić każdą elegantkę (są m.in. kaski ze specjalnym wycięciem na kucyki i warkocze).
Drugim ważnym akcesorium dla motocyklisty jest maseczka. Jako, że poruszanie się wśród tysięcy jednośladów i setek samochodów naraża na ciągłe wdychanie spalin, wielu skuterzystów i motocyklistów używa masek – z jednej strony są to zwykłe maski, jakie można kupić w sklepie medycznym, czy aptece (wówczas wietnamski skuterzysta wygląda jak szalony chirurg), z drugiej jest cała masa masek „dedykowanych” dla kierowców jednośladów (szczególnie dla kobiet), ozdobionych różnymi wzorami, w różnych kolorach, czasem także podpinanych do kasków. Przez część roku w Wietnamie jest pora deszczowa, wtedy skuterzyście może przydać się peleryna. Jak w przypadku kasków i masek, tak i wersji peleryn jest wiele: od zwykłych peleryn „dla pieszych”, po peleryny o specjalnym kroju pozwalającym na ukrycie pod nią nie tylko skuterzysty, ale i części jego pojazdu (widziałem peleryny ze specjalnymi otworami na ręce i manetki. Są również peleryny wieloosobowe, pod którymi mieści się skuterzysta, część skutera, a także jego pasażerowie.
Można odnieść wrażenie, że na ulicach Sajgonu panuje kompletny chaos. Do tego, ja osobiście od w chwili pierwszego przejścia przez sajgońską ulicę, miałem poczucie, że życie moje, mojego synka i żony w trakcie przedzierania się na drugą stronę ulicy, wisi na włosku… Jednak po kilku dniach w mieście, odkryłem że ruchem ulicznym rządzą pewne zasady, które powodują, że mimo niesamowitego tłoku nie ma tu wypadków, stłuczek, nikt się nie denerwuje, nie krzyczy. Jeżeli chcesz przejść bezpiecznie przez ulicę, po prostu idź. I nie przejmuj się tym, że pięciuset motocyklistów jedzie w twoim kierunku. Na pewno ci się nic nie stanie. Może przejadą centymetr od twoich nóg, ale na pewno nie odniesiesz ran… Tu każdy jest na torze kolizyjnym z dziesiątkami innych użytkowników dróg…, ale do kolizji nie dochodzi.

Jako, że poruszanie się po Sajgonie nie jest łatwiej, najlepiej skupić się na zwiedzaniu centrum miasta.
Ja zwiedzając miasto, lubię zanurzyć się nim, przebywać wśród tubylców. W Sajgonie z tym nie ma problemu, tubylców Ci tam dostatek. By zobaczyć jak sajgończycy spędzają czas wolny, warto wejść do parku Tao Dan. 

Park Tao Dan
Pośród bujnej zieleni wzdłuż parkowych alejek ustawiono dziesiątki zielonych ławeczek, na których odpoczywają starzy i młodzi Wietnamczycy, na placach zabaw bawią się dzieci. W centrum parku stoi niewielki, otoczony gęstą, różnorodną roślinnością, ołtarz poświęcony buddyjskim bóstwom, a nieopodal mała, piękna świątynia.
W parku jest też bar z napojami (do wyboru mają wodę mineralną, coca-colę, różne wersje herbaty mrożonej, ale także mleczko koksowe prosto z kokosa). Goście siedzą tutaj na małych dziecięcych krzesełkach, przy małych stoliczkach – co na pierwszy rzut oka wygląda zabawnie, ale niewysocy Wietnamczycy bez problemu wpasowują się w te ogrodowe mini-mebelki (ja również ;)).
Wejścia do parku zabezpieczono prętami, linami lub szlabanami, by uniemożliwić kierowcom jednośladów wjazd do tego cichego zakątka miasta.
Park Tao Dan przez ulicę sąsiaduje z parkiem otaczającym Pałac Zjednoczenia. Sam pałac to dawna siedziba prezydenta Wietnamu Południowego. Tą nieciekawą architektonicznie budowlę wzniesiono w miejscu siedziby francuskiego gubernatora Indochin. Dziś pełni ona funkcję muzeum, a w jej ogrodach stoją północnowietnamskie czołgi, które forsując ogrodzenie pałacu symbolicznie zakończyły istnienie Wietnamu Południowego.
Pałac sąsiaduje z kwartałami ulic, których sercem są dwie budowle będące pamiątka po francuskich kolonistach: Katedra Notre-Dame oraz dawna Poczta Główna.
Katedra Notre-Dame
Katedra Notre-Dame nie jest tylko martwą pozostałością po europejskich kolonizatorach, pamiątką po nieistniejącej chrześcijańskiej społeczności europejskich najeźdźców. Wietnamczycy przejęli do Francuzów nie tylko bagietki, zamiłowanie do kawy i łaciński alfabet, ale także katolicyzm. Dziś katolicy i inni chrześcijanie stanowią ok. 10% ludności Wietnamu, czyli circa 9 mln wyznawców zamieszkujących głównie Sajgon i sąsiednie prowincje kraju.
W cieniu strzelistych wież katedry można poczuć się jak w Europie.
O ile katedra to symbol budownictwa sakralnego z czasów dominacji francuskiej w Wietnamie, to dawna Poczta Główna jest przykładem kolonialnego budynku publicznego.
Poczta Główna
Ciekawostką jest fakt, że stalową konstrukcję budynku zaprojektował twórca wieży Eiffla – Gustaw Eiffel. Dziś Poczta Główna to głównie atrakcja turystyczna, choć nadal można tu kupić znaczki. Na turystów i petentów spogląda „pan z kozią bródką” – Ho Chi Minh.
Za rogiem postkolonialnej poczty znaleźliśmy spokojną uliczkę pełną księgarń – Nguyễn Văn Bình.
Nieopodal meandrów rzeki Sajgon mieści się sajgońska (hoczimińska) dzielnica biznesowa, nad którą góruje Bitexco Financial Tower – najwyższy budynek w Sajgonie i w całym Wietnamie. Charakterystycznym elementem wieży Bitexco jest wystający poza fasadę wieżowca taras z lądowiskiem dla helikopterów.

Bitexco Financial Tower
Z punkt widokowego na 49. i restauracji na 50. piętrze Bitexco roztacza się zapierający dech w piersiach widok na miasto. Z tej perspektywy widać ogrom miasta. Nieprzerwany kobierzec budynków ciągnie się aż po horyzont. Jedyna słabo zurbanizowana część miasta leży nieopodal wieży Bitexco – na przeciwległym brzegu rzeki Sajgon, jednak prowadzone tam prace budowlane każą domniemywać, że niedługo ta część miasta również zmieni się w labirynt budynków.

jeden z dopływów rzeki Sajgon (widziany z Bitexco Financial Tower)
Z 49.i 50. piętra wieży Bitexco można zobaczyć nie tylko rzekę Sajgon, ale jej dopływy, a także większość najważniejszych budynków w mieście, m.in.: Pałac Zjednoczenia, Komitet Ludowy Miasta Ho Chi Minh (dawny Ratusz Miejski), aleję Ngyuen Hue, Pocztę Główną, czy targ Ben Thanh.

Pałac Zjednoczenia i fragment Parku Tao Dan

siedziba Komitetu Ludowego Miasta Ho Chi Minh (dawny Ratusz) i aleja Nguyen Hue z pomnikiem Ho Chi Minha, w oddali: żółty budynek Poczty Głównej oraz czubek wieży Katedry Notre-Dame

aleja Ngyuen Hue

targ Ben Thanh i fragment alei Le Loi
Wieża Bitexco to idealne miejsce, by z góry zobaczyć charakterystyczną zabudowę miasta – przypominające rzędy książek na bibliotecznej półce ciągi wąskich, kilkupiętrowych budynków.

kolorowy, chaotyczny patchwork budynków – tomy książek na ulicznej półce
Jednym z charakterystycznych miejsc widocznych z Bitexco Financial Tower jest leżąca nieopodal aleja Nguyen Hue – długi i szeroki bulwar ciągnący się pomiędzy nabrzeżami rzeki Sajgon a siedzibą Komitetu Ludowego Miasta Ho Chi Minh (dawny kolonialny Ratusz). Dawna siedziba francuskiego mera i pobliski pomnik Ho Chi Minha to dwa symbole alei Nguyen Hue i ulubione miejsca do robienia zdjęć.

pomnik Ho Chi Minha i Komitet Ludowy Miasta Ho Chi Minh (dawny Ratusz)
Puls miasta bije na tysiącach zatłoczonych uliczek, pełnych ludzi i skuterów, restauracyjek, barów i sklepików, gdzie chodniki są raczej wielkimi parkingami dla skuterów i targowiskami, niż ścieżkami dla pieszych. Tłok na tutejszych ulicach panuje całą dobę, ale wyjątkowo tłocznie jest wieczorem. Wówczas przejście przez ulicę mrozi krew w żyłach, a część skuterów, by ominąć korki, przemyka po chodnikach, manewrując pomiędzy przechodniami, ulicznymi sprzedawcami i stojakami z reklamami sklepów i barów.
Jednak ten chaos ma swój urok. Kiedy znalazłem się na szerokiej alei Le Lai i skręciłem w ulicę Do Quang Dau znalazłem się w miejscu, które idealnie odpowiadało moim wyobrażeniom o dalekowschodniej ulicy – wąska, krótka ulica, niesamowicie zatłoczona, dziesiątki rowerów, motorów i skuterów przedzierało przez gęsty tłum pieszych i lawirowało pomiędzy pojedynczymi samochodami. Wszyscy – pieszy, kierowcy samochodów i jednośladów – poruszali się slalomem ignorując kierunki ruchu, sprawnie omijając się na wzajem. Ulica nie była pozbawiona chodnika, jednak ten pełnił zupełnie inną funkcję, niżby wskazywała nazwa. Wąskie pasy płyt chodnikowych były miejscem handlu i konsumpcji, a także siedzibą wielu przenośnych punktów usługowych – obok knajpki, w której jedliśmy obiad, na krawężniku pewna Wietnamka rozłożyła przenośny zakład kosmetyczny…
ulica Do Quang Dau
Wielkie bogactwo usług do wyboru zapewniały także stacjonarne punkty handlowe i usługowe – na przestrzeni kilku metrów mieścił się pub, biuro podróży, kilka restauracyjek i barów, spa, stragan z ciuchami i pizzeria, a także stoiska z owocami. Do Quang Dau – jak każda inna ulica w mieście – „przystrojona” jest dziesiątkami kabli, które na słupach tworzą coś, co przypomina gigantyczne węzły.

„węzeł gordyjski” kabli na rogu Bui Vien i Do Quang Dau
Ulicą Do Quang Dau można dotrzeć do wąskiej, ale długiej ulicy Bui Vien.
Bui Vien jest równie zatłoczona, jak Do Quang Dau, niewiele szersza i wyraźnie nastawiona ma turystów. Ta ulica to ciąg restauracji, barów i sklepików. Jednak Bui Vien ma swój urok – Wietnamczycy nie są nachalni, więc spokojnie można się przechadzać tą ulica, w powietrzu unosi się zapach wietnamskich dań, a sklepiki i kramiki pełne są dość oryginalnych t-shirtów i czapek z wietnamskimi motywami (najpopularniejszy z nich to pan z bródką – Ho Chi Minh).
Polecam knajpkę Cong Cafe (a właściwie „Cong Ca Phe„) odwołującą się do… Wietkongu:
W Cong Cafe obsługa jest ubrana w stroje przypominające mundury żołnierzy i partyzantów Wietkongu, pełno tam czerwonych transparentów, główna sala wygląda jakby przed chwilą opuścili go rewolucjoniści, a toalety o ciemnozielonych ścianach, podparte stemplami mają udawać wychodki w okopach.
Gdy poczujecie znużenie wielkomiejskim tłokiem, kiedy postanowicie odpocząć od miejskiego gwaru, warkotu milionów skuterów, proponuję wypad poza Miasto Ho Chi Minha – do Delty Mekongu, do Vung Tau nad Morze Południowochińskie lub na wyspę Phu Quoc. Ale to już zupełnie inna historia…
„Wietnam część 2” – w kolejnym wpisie na blogu.