Południowe regiony Wietnamu to nie tylko Ho Chi Minh (Sajgon), to także m.in. wielka, gęsto zaludniona równina poprzecinana odnogami rzeki Mekong, a także wybrzeże Morza Południowochińskiego i stanowiącej jego część Zatoki Tajlandzkiej, wraz z największą wyspą kraju – Phu Quoc.
Mekong – zwany wietnamsku Song Me Kong lub Song Cuu Long (Rzeka Dziewięciu Smoków) – tworzy wielką deltę zajmującą obszar w przybliżeniu równy ¼ terytorium Polski. Rzeka rozdziela się na płynące ku Morzu Południowochińskiemu odnogi już na terenie Kambodży, na wysokości Phnom Penh. Większa część delty leży jednak na terenie Wietnamu, na zachód od Miasta Ho Chi Minha.
Najbliżej południowowietnamskiej metropolii przepływa wschodnia odnoga Mekongu – Song Tien. By dotrzeć z Sajgonu nad Mekong najlepiej kierować się do miejscowości Mỹ Tho położonej około 1,5 godziny drogi od centrum metropolii. Droga prowadząca nad wielką rzekę na początku jest typową wielopasmową, miejską drogą ekspresową, potem zmienia się w dwupasmowy trakt wzdłuż, którego ciągnie się nieprzerwana ściana kramów, warsztatów, sklepików, fabryczek i magazynów. Po opuszczeniu aglomeracji sajgońskiej na kilkadziesiąt kilometrów droga zmienia się w prawdziwą autostradę (jak dowiedziałem się od wietnamskiego przewodnika – jedyną w kraju). Ten fragment autostrady nr 1 bardzo przypomina autostradę Palmanova – Wenecja łączącą włoskie regiony Friuli-Wenecja Julijska i Veneto. Podobnie jak jej włoska odpowiedniczka, wietnamska A1 przebiega przez płaską, gęsto zaludnioną, żyzną, rolniczą nizinę, jest prosta, a gdzieś daleko po lewej stronie jest morze (wiemy to, choć go nie widzimy).
W My Tho – 150-tysięcznym mieście nad Mekongiem – znajduje się przystań, z której odpływają niewielkie stateczki turystyczne. Celem większości z nich są cztery wyspy leżące po środku rzeki: Wyspa Żółwia, Wyspa Feniksa, Wyspa Smoka i Wyspa Jednorożca.

Lecz nim wybierzemy się w podróż mętną tonią Mekongu, warto zatrzymać się w świątyni Vĩnh Tràng, której największymi atrakcjami i symbolami są gigantyczne posągi Uśmiechniętego Buddy i Śpiącego Buddy oraz Pagoda.
Świątynia Vĩnh Tràng (My Tho)
Wyspy na Mekongu latem wyglądają, jak zanurzone w kawie z mlekiem. Mętne wody wielkiej azjatyckiej rzeki niosą o tej porze roku miliony ton mułu, piasku i gleby wypłukanych ze stoków Himalajów w Chinach, z wyżyn i gór Laosu i Birmy oraz nizin Kambodży.
Mekong
Wśród tej kawowo-mlecznej toni na czterech wysepkach można podpatrzeć, jak żyją tubylcy, spróbować miejscowych potraw, w tym przesmacznych owoców oraz miodu wprost od wietnamskich pszczół, odwiedzić manufakturę, w której powstają kokosowe cukierki pakowane w papier ryżowy. Wyspy pocięte są siecią małych kanałów, którymi można dotrzeć do serca maleńkich osad i wiosek.
na wysepkach na Mekongu

pyszne wietnamskie owoce
Inny pomysł na jednodniowy wypad poza miasto Ho Chi Minh to podróż do Vũng Tàu.
Vũng Tàu to nadmorski kurort położony nad Morzem Południowochińskim, ok. 70 km na południe od Sajgonu. Ze względu na swe położenie to ulubione miejsce weekendowego i wakacyjnego wypoczynku mieszkańców aglomeracji sajgońskiej.
Dla Wietnamczyków, którzy od lat toczą spór z Chińczykami o kilka skalistych wysepek na Morzu Południowochińskim, ta (używana przez nas Polaków) nazwa jest nie do przyjęcia, bo sugerowałaby, że morze należy do Chin. Dlatego w Wietnamie używa się nazwy Morze Wschodnie, a na anglojęzycznych mapach widnieją słowa „The East Sea” (zamiast „The South China Sea„). Notabene stronom sporu nie chodzi wcale o wysepki, lecz o dno morskie wokół nich, a właściwie to, co pod nim – o ropę naftową…
Z uwagi na stan dróg i gigantyczny ruch, najszybszy sposób na dotarcie do Vũng Tàu to podróż wodolotem. Wodoloty odpływają kilka razy dziennie z przystani nieopodal sajgońskiej dzielnicy finansowej, a kurs w jedną stronę trwa ok. półtorej godziny. Szeroka, mętna w lecie rzeka wije się przez dzielnice przemysłowe Miasta Ho Chi Minha. Mimo swego oddalenia od morza, Ho Chi Minh to duży port morski. Funkcję basenu portowego pełni około 20-kilometrowy odcinek rzeki Sajgon rozciągający od centrum miasta w dół jej nurtu. Tu też powstają nowe dzielnice miasta.




Rzeka Sajgon w… Sajgonie
Po półgodzinie rejsu miasto ustępuje dżungli…



rzeka Sajgon i nadsajgońska dżungla
Ten odcinek rzeki Sajgon nieodparcie przywodzi na myśl wojnę wietnamską, a właściwie jej kinowy obraz. Patrząc na mętną toń rzeki i gęstą zieleń dżungli, można odnieść wrażenie, że za chwilę nadlecą amerykańskie śmigłowce i skoszą fragment tropikalnego lasu ogniem karabinów.
Lecz podróż do Vũng Tàu to nie tylko rejs w dół rzeki Sajgon. Ostatni fragment szlaku wodnego z metropolii do nadmorskiego kurortu wiedze wśród morskich fal. Vũng Tàu leży nie leży nad rzeką, ani nawet u jej ujścia, lecz na cyplu znajdującym się po drugiej stronie zatoki, niemal naprzeciw ujścia rzeki Sajgon do morza. Najkrótsza droga prowadzi wśród morskich fal, przez środek zatoki.

w oddali Vũng Tàu
Morski odcinek rejsu Sajgon – Vũng Tàu przypomina nieco off-roadową jadę samochodem terenowym, wodolot wzbija się nad fale, by chwilę potem zaryć w morską toń rozbryzgując wodę wysoko ponad pokład. Bywa i tak, jak w trakcie naszej podróży powrotnej do Sajgonu, kiedy to fale okazały się zbyt wysokie dla naszej, de facto śródlądowej jednostki pływającej i miast wodolotu podstawiono dla pasażerów… autobus, który przewiózł nas do małego portu (przeznaczonego prawdopodobnie dla okrętów wietnamskiej morskiej straży granicznej), położonego u ujścia jednej z odnóg rzeki Sajgon. Tam, w miejscu nieprzygotowanym do cumowania wodolotu, po ustawionym niesamowicie stromo trapie, wpuszczono nas na pokład. Wodolot skierował się w boczną odnogę rzeki, by po około półgodzinie rejsu dotrzeć do jej głównego nurtu i dalej podążyć ku Sajgonowi.
Samo Vũng Tàu to kurort pełen wielkich hoteli. Miasto nie zachwyca (podobnie jak „wakacyjne stolice” w Europie), zachwyca natomiast plaża i morze – drobniutki jasny piasek i ciepła toń, w której miło się zanurzyć.
Sierpień nie jest okresem wakacyjnym w Wietnamie, dlatego nie jestem w stanie powiedzieć, jak jest w Vũng Tàu w szczycie sezonu wakacyjnego, natomiast w czasie polskich wakacji, miasto jest miejscem wyjątkowo spokojnym. Szczególnie, gdy się je porówna do „sajgonu” w Sajgonie. Miło było odpocząć od hoczimińskiego ruchu ulicznego i przechodzić przez ulicę spokojnie, bez obaw o swoje zdrowie i życie 😉
Zgoła inaczej niż w dzielnicy hotelowej jest w okolicach portu i terminalu „wodolotowego”. Ta część Vũng Tàu skrywa się w zatoce za cyplem. Od reszty miasta oddziela ją zalesione wzgórze, zwieńczone wielką postacią Chrystusa. Ten wielki pomnik przywodzi na myśl Rio de Janeiro – można powiedzieć, że znaleźliśmy się w „wietnamskim Rio”. Jezus górujący nad dalekowschodnim kurortem może zaskakiwać, jednak należy pamiętać, że ok. 10% Wietnamczyków to chrześcijanie, a największym ich skupiskiem są właśnie południowe prowincje.



Vung Tau – wietnamskie Rio 😉
Zatoka portowa ma swój urok. Niewiele tu hoteli, w porcie stoi wiele kolorowych łódeczek i kutrów, w pobliżu terminalu jest kilka spokojnych kawiarni i restauracji, a nad okolicą górują dwa soczyście zielone wzgórza: to „chrystusowe” oraz drugie, większe, na szczyt którego można dotrzeć kolejką górską.




zatoka portowa w Vũng Tàu
Tu, u stóp „wietnamskiego Chrystusa”, turyści żegnają się z Vũng Tàu i odpływają do Sajgonu (lub – jak my – odjeżdżają autobusem w pogoni za wodolotem).
***
Inna „południowowietnamska opcja” to Phu Quoc, ale o tym już w kolejnym blogu.