Dalej niż koniec Wietnamu

O wyspie Phú Quốc można powiedzieć, że leży dalej niż koniec Wietnamu. Gdyby mieszkaniec leżącej na północy stolicy – Hanoi, postanowił wybrać się na tę wyspę, musiałby przejechać cały swój wąski i podłużny kraj, aż do jego końca, czyli nad Zatokę Tajlandzką w pobliżu granicy w Kambodżą, ale tam nie dawać za wygraną, nie przejmować się, że to już koniec wietnamskiej części kontynentu azjatyckiego, lecz udać się statkiem lub promem dalej na zachód.

Tam czeka rajska wyspa.

Wietnam wraz z Phu Quoc

Z Phu Quoc bliżej jest do Kambodży niż do Wietnamu. Wietnamską wyspę dzieli ledwie kilka kilometrów od kambodżańskiej wysepki Koh Seh i kilkanaście od wybrzeża Kambodży. Tymczasem ojczysty wietnamski brzeg jest minimum 30 km od wschodnich plaż wyspy. To położenie sprawia, że na niektórych mapach Phu Quoc ma tą samą barwę, co Kambodża, co sugeruje, że jest częścią tego kraju i nie podlega władzom w Hanoi. Tymczasem mimo niewielkiej odległości, okazuje się, że między wietnamską wyspą a kambodżańską częścią kontynentu azjatyckiego nie kursują statki pasażerskie, którymi turyści i tubylcy mogliby pokonać niewielką cieśninę dzielącą wietnamski Phu Quoc i kambodżańskie królestwo.

Dwaj azjatyccy sąsiedzi najwyraźniej się nie lubią… by dotrzeć z wyspy do Kambodży trzeba odbyć wielogodzinną podróż na stały, wietnamski ląd, udać się na lądowe przejście graniczne i stamtąd przejechać kilkadziesiąt kilometrów przez Kambodżę, dojechać na przeciwległy brzeg cieśniny, …by w końcu spojrzeć na Phu Quoc z kontynentu. Chłodne stosunki pomiędzy dwoma azjatyckimi sąsiadami przestają dziwić, kiedy poznajemy współczesną historię największej wietnamskiej wyspy – otóż jeszcze 40 lat temu wyspa była okupowana przez komunistyczną wówczas Kambodżę, a i wcześniej często była kością niezgody pomiędzy Wietnamem i Kambodzą. Ale dość o historii…

Phu Quoc leży w Zatoce Tajlandzkiej, a więc tej samej, co tajska wyspa Ko Samui i kurort Pattaya. Wietnamska „Żyzna Wyspa” (to ponoć oznaczają słowa „phú quốc„) ma kształt wydłużonego, odwróconego ku południu trójkąta – z północy na południe ma nie więcej niż 50 km, a ze wschodu na zachód max. 25 km. Nie jest to więc mała wysepka, ale też żaden z niej oceaniczny gigant. Jej rozmiary sprawiają, że wyspę łatwo zwiedzić nie pomijając głównych atrakcji, a i czasu na odpoczynek pozostanie sporo.

Wyspa jest oddalona o niecałą godzinę lotu od Sajgonu (Ho Chi Minh City), połączenia obsługiwane są przez tanie linie lotnicze z Południowo-Wschodniej Azji, a także przez narodowego przewoźnika – Vietnam Airlines. Z usług tego ostatniego przewoźnika mieliśmy przyjemność skorzystać.

Nad Zatoką Tajlandzką

Ku naszemu zaskoczeniu linia Sajgon – Phu Quoc jest obsługiwana przez duże (jak na tak krótką trasę) samoloty – Airbusy A321. Widać, że Wietnamczycy, w szczególności ci z pobliskiej metropolii sajgońskiej, chętnie odwiedzają swoją tropikalną wyspę. Kształt wyspy sprawia, że lądując na Phu Quoc odnieść można wrażenie, iż pas startowy zaczyna się niedaleko plaż na jednym brzegu, a kończy się w pobliżu drugiego brzegu. Terminal jest duży, nowy i… dość pusty. Widać, że wyspa dopiero staje się popularnym celem turystów.

Sporą część Phu Quoc zajmuje dżungla, w większości objęta ochroną w ramach parku narodowego. Pozostała część wyspy jest dość gęsto zaludniona (ludność wyspy to ponad 100.000 mieszkańców).

Nadmorska dżungla na Phu Quoc

Wyspa jest dystryktem (odpowiednik naszego powiatu), w ramach prowincji Kiên Giang (pozostała część prowincji leży na stałym lądzie). Stolicą dystryktu jest niewielkie miasto Dương Đông (ok. 20.000 mieszkańców), położone na zachodnim brzegu wyspy. Właśnie niemal za rogatkami Duong Dong w hotelu Richis zamieszkaliśmy w trakcie pobytu na wyspie.

Richis Beach Resort – w kolonialnym stylu….

W Duong Dong próżno tu szukać imponujących zabytków, większość budynków powstało w ostatnich kilkudziesięciu latach. Panuje tu jednak prawdziwy dalekowschodni zgiełk, a miejscowość nie ma w sobie nic z kurortu nastawionego na Europejczyków i Amerykanów. To zwykłe wietnamskie miasto, pełne kramików i sklepików, ludzie tu handlują wszędzie i wszystkim. Turyści to głównie Wietnamczycy (pewnie z Hanoi i Sajgonu) i trochę Chińczyków. Ruch uliczny jest tu spory, ale tylko w centrum Doung Dong, poza centrum jest zupełnie inaczej niż w zatłoczonym Ho-Chi-Minh City – nieliczne samochody i skutery niespiesznie przemierzają wyspiarskie drogi.

Mały ruch uliczny sprawia, że popularny na wyspie jest wynajem skuterów. Turyści mogą bezpiecznie wybierać się na przejażdżki bez obaw, że utkną w środku motocyklowego chaosu typowego dla wielu dalekowschodnich miast.

Phu Quoc to spokojne miejsce. Wyspa nie została jeszcze opanowana przez tabuny turystów. Poza stolicą wyspy większość domostw to niewielkie jednoizbowe ceglane chatki, bez frontowych ścian. W tym klimacie ściany nie są potrzebne… Wietnamczycy odpoczywają od upałów pod dachami tych mieszkalnych wiat, najczęściej na rozwieszonych pomiędzy metalowymi filarami hamakach.

Najpiękniejszym miejscem w mieście jest skalisty cypel u ujścia zatoki portowej, zwieńczony biało-niebieską latarnią morską. Po między skałami, u stóp latarni kryje się niewielka, piękna świątynia Dihn Cau.

Skały u wyjścia z portu Duong Dong
Port w Duong Dong
Latarnia morska w Duong Dong
Świątynia Dinh Cau (na cyplu u wyjścia z portu w Duong Dong)

Poza miastem, na zboczach wzgórz, wśród soczystej zieleni i niewielkich domów kryje się inna świątynia – Hong Long wraz pagodą Su Muon.

Szczęśliwy Budda
W świątyni Su Muon

Świątynia jest niesamowicie kolorowa, a wiernych i turystów wita uśmiechnięty, kolorowy Szczęśliwy Budda. Świątynia mieści się w ogrodzie tonącym w soczystej zieleni tropikalnych roślin. Tu i ówdzie stoją bajecznie kolorowe postaci świętych i wcieleń Buddy, sama świątynia również mieni się feerią barw, może mniej krzykliwych niż te, które ogrodowe posągi, lecz za to uzupełnione kolorami drewna i złoceniami.

Phu Quoc to raj dla miłośników „plażingu” – drobny żółty, a miejscami niemalże biały piasek, plaże niezbyt szerokie, ale też niezatłoczone, a w wielu miejscach po prostu puste. Do tego czyste, ciepłe, choć czasami wzburzone morze (szczególnie od strony zachodniej).

Plaża w okolicach Duong Dong

Wśród plaż wietnamskiej wyspy za najpiękniejszą uznaje się plażę Sao (Sao Beach, po wietnamsku Bai Sao) na południowo-wschodnim krańcu Phu Quoc.

Z jednej strony to miejsce położone na uboczu – by dojechać na plażę, nasz hotelowy bus przedzierał się przez kilka kilometrów gruntową drogą (a grunt miał barwę niemal pomarańczową), wśród wiejskich domostw tubylców. Z drugiej – jako jedna z atrakcji wyspy – plaża bywa zatłoczona, szczególnie wieczorami, gdy staje się bazą wypadową dla organizowanych dla turystów polowań na kałamarnice.

Uroku plaży dodaje – poza drobniutkim, niemalże białym piaskiem – jej położenie: w zatoczce, w miejscu dość spokojnym, nieopanowanym przez „wielką turystykę”. Tu bieli piasku towarzyszy błękit nieba, lazur morza i wypływając zewsząd zieleń tropikalnej roślinności. O ile centralna część plaży opanowana została przez restaurację i punkty wynajmu sprzętu pływającego to z boku na plażę niemalże wlewa się zieleń dżungli. W oddali widać stateczki, które wieczorem służą turystom jako kutry w czasie polowań na kałamarnice.

Słynna plaża Sao Beach
Sao Beach

Sao Beach – przed polowaniem na kałamarnice

Zupełnie odmienny charakter ma inna atrakcja turystyczna wyspy Phu Quoc – Vinpearlland. To wielki kompleks rozrywkowy składający się z parku rozrywki, aquaparku na wolnym powietrzu oraz parki safari.

O ile park rozrywki nie zachwyca, to park wodny zapewnia sporo radości i ochłodę od tropikalnego żaru. Jednak prawdziwą atrakcją jest Vinpearl Safari.

lwica w Vinpearl Safari

Park Safari składa się z 2 części. Jedną zwiedza się kilkunastoosobowymi wózkami elektrycznymi. To część, którą zamieszkują łagodne zwierzęta, które stanowią zagrożenia dla ludzi. To jakby ZOO, które zwiedza się meleksem w wersji van. Druga część parku przypomina Jurassic Park. Wjeżdża się do niej żółtymi autobusami miejskimi ze specjalnie zabezpieczonymi drzwiami. Od reszty parku oddziela ją wysoki na kilkanaście metrów płot. Płot jest podwójny, a by dostać się do środka autobus przejeżdża przez dwie wielkie bramy, wypisz – wymaluj jak te z hollywoodzkiego hitu o dinozaurach.

Powód tych wszystkich zabezpieczeń jest prosty – w tej części parku mieszkają drapieżniki i inne zwierzęta, które mogłyby być dla przedstawicieli gatunku homo sapiens zagrożeniem.

Jadąc autobusem wśród tych zwierzaków, można odnieść wrażenie, że to my ludzie jesteśmy w klatce…

Przez środkową część wyspy przepływa strumień Trahn (ang. Trahn Stream). Ten niewielki ciek wodny spływa z gór w kierunku niewielkiej doliny, a po drodze przebija się między wielkimi, ciemnymi głazami tworząc niewielkie wodospady.

Nad strumieniem powstał park. Zdaje się, że to popularne miejsce odpoczynku tutejszych mieszkańców i wietnamskich turystów – po parku spaceruje wielu ludzi, ale niemal wszyscy mają dalekowschodnie rysy. Wiele rodzin rozkłada koce na wielkich głazach pomiędzy, którymi przebija się wieloma strużkami strumień Tranh. Jest tu niewielki bar, wiele ławeczek. Charakterystyczne dla tego miejsca są kolorowe rzeźby postaci i zwierząt. Jest m.in. „scenka rodzajowa” przedstawiająca kobiety nad strumieniem, jest jeździec (wojownik?) na koniu, stado pangolinów na wielkim głazie i tygrys (jak żywy!).

Więzienie Drzewa Kokosowego (The Coconut Tree Prison)

Phu Quoc to rajska wyspa. Niestety nawet ziemskie raje dotykają ziemskie problemy i tragedie. Symbolem tragicznych wydarzeń w historii wyspy jest Więzienie Drzewa Kokosowego (The Coconut Tree Prison). Więzienie założyła francuska administracja kolonialna. Po upadku francuskich Indochin i odzyskaniu przez Wietnamczyków niepodległości zostało ono przejęte przez rząd Wietnamu Południowego. W czasie wojny wietnamskiej Coconut Tree Prison zostało rozbudowane przez amerykańską armię, ale nigdy nie zostało przejęte przez USA, lecz pozostało pod zarządem rządu w Sajgonie, Coconut Tree Prisonjest de facto  obozem koncentracyjnym. Osadzeni w nim więźniowie mieszkali w barakach, a teren otaczały płoty z drutu kolczastego.

Jako, że tak w czasach kolonialnych, jak i w czasach istnienia niekomunistycznego Wietnamu Południowego oraz podczas wojny wietnamskiej, większość więźniów stanowili najwięksi przeciwnicy obu reżimów, czyli komuniści, władze komunistyczne zadbały, by odbudować Coconut Tree Prison i przedstawić w jakich warunkach żyli i jak byli traktowani osadzeni tu ludzie. Stąd w wiele tu manekinów przedstawiających postaci więźniów i strażników. Dzięki temu zwiedzający mogą zobaczyć jak przetrzymywano i torturowano więźniów

Coconut Tree Prison

Więźniowie

Dość nietypową atrakcją dla turystów jest psia farma Phu Quoc Dog Racing and Farm, na której organizowane są psie biegi. Farma znajduje się na skraju dżungli. Tutejsi przewodnicy oprowadzają turystów po lesie, w którym tu i owdzie znaleźć można zagrody dla psów. Mieszkańcami leśnej farmy są psy tutejszej rasy Phu Quoc ridgeback (zwane tutaj Phu Quoc dogs).

Głównym punktem wycieczki po farmie są zawody psów. Psy biegają po niewielkim terenie (mniejszym niż boisko szkolne), gdzie ustawiono labirynt płotów. Same pieski sprawiają wrażenie zadbanych i nie drażni ich ciągła obecność obcych ludzi.

Do wyspy Phu Quoc nie dotarła jeszcze turystyka na masową skalę. Dlatego mieszkańcy dla mieszkańców wyspy równie ważne (jeśli nie ważniejsze) póki co są inne gałęzie gospodarki.

Najważniejszym skarbem dla tubylców jest oczywiście morze. Bogactwo tutejszych wód można ujrzeć na targach w wioskach rybackich. Stoiska tam pełne są różnokolorowych stworzeń morskich – od ryb, po rozgwiazdy i ozdoby z koralowców. Feerię barw na targowiskach, dodatkowo wzbogacają setki odmian owoców tropikalnych oraz przyprawy.

rozgwiazdy
phuqockie targowisko

Wyspa, jak i kontynentalna część Wietnamu, to producent podstawowego składnika wielu wietnamskich dań – sosu rybnego.

W morze rodzą się także najpiękniejsze produktów wyspy – perły. Turyści mogą zwiedzić perłowe manufaktury, a także kupić perłową biżuterię. Ceny niektórych wyrobów z pereł sięgają miliardów… na szczęście nie dolarów, euro, ani złotych, lecz dongów wietnamskich.  Choć cena miliarda stu dwudziestu pięciu milionów dongów za naszyjnik pereł przeliczona na złotówki też jest znaczna – 1,125 mld VND to ok. 160.000 zł.

perły za miliard dongów 🙂

Na lądzie natomiast pełno jest plantacji pieprzu. Wietnam jest bowiem pieprzowym gigantem na skalę światową, a Phu Quoc zajmuje wysoką pozycję w rankingach TOP10 największych producentów pieprzu w Wietnamie.

Na plantacjach pieprzu stoją stragany, a na nich produkty danej plantatora – aż trudno uwierzyć, że istnieje tyle odmian  tej przyprawy.

Można powiedzieć, że wyspa Phu Quoc jest „tam, gdzie pieprz rośnie”. Dosłownie. :))))

 

„tam, gdzie pieprz rośnie…” 😉

Bali w trzech odsłonach

wulkan Agung

Planując wakacje na Bali postanowiliśmy nasz niemal 3-tygodniowy pobyt podzielić na 3 części i odwiedzić trzy różne części tej indonezyjskiej wyspy.

Odsłona pierwsza: ZA ROGATKAMI KURORTU

Sanur jest jednym z najważniejszych kurortów na Bali. Miasto położone jest na południowym wschodzie wyspy i stanowi część stołecznej aglomeracji Denpasaru.

Tymczasem na północ od miasta rozpoczynają się gęsto zaludnione tereny podmiejskie i wiejskie. Niewielu tam turystów, a wokół toczy się zwykłe balijskie życie. Tak jest w Padang Galak. To niewielka miejscowość zaraz za rogatkami Sanuru. Rozciąga się wzdłuż ulicy prowadzącej od głównej drogi na wschód wyspy do morza. Poza dwoma, może trzema warungami (restauracjami z lokalnymi potrawami)  i hotelikiem, nie ma tu innych atrakcji nastawionych na turystów. Jest natomiast pole kukurydzy, warsztaty i kramiki, małe skromne domki i większe domy, parking pełen autobusów oraz zakurzony nadmorski plac z dużym hinduistycznym ołtarzem.

Padang Galak koło Sanuru

W połowie ulicy stanowiącej oś Padang Galak, skrywa się boczna uliczka biegnąca stromo w dół ku niewielkiej świątyni ku czci boga Kriszny. W połowie ulicy jest brama, a za nią tonący w tropikalnej roślinności Tropical Bali Hotel.

Hotel jest prowadzony przez parę Francuzów, którzy od 6 lat mieszkają na Bali – Mattieu i Audrey Gierek. Nazwisko brzmi znajomo? Z pewnością 🙂 – przodkowie Mattieu przybyli do Francji z Polski. Nawet w małym Padang Galak można znaleźć polski akcent.

Tropical Bali Hotel jest to maleńki hotelik, który składa się z 3 budynków – dużych 2-kondygnacyjnych bungalowów (w dwóch z nich są po 4 pokoje z dużymi tarasami, a w trzecim – recepcja, biuro i bodajże 2 pokoje gościnne).

Większość gości hotelu to Francuzi, którzy najczęściej spędzają u Gierków po kilka dni, by potem ruszyć dalej w podróż po wyspie.

W hoteliku jest naprawdę uroczo – przytulnie, cicho. Dominuje brąz drewna, z którego zbudowano budynki, zieleń gęstej tropikalnej roślinności i błękit basenu.

Hotel nie ma własnej kuchni, ani restauracji, więc nie oferuje własnych posiłków, jednak można zamówić przeróżne dania, które pracownicy hoteliku przywożą z pobliskich warungów lub sanurskich pizzerii i restauracji. Śniadania (w cenie pobytu) co rano przynosi niemal bezgłośnie, na paluszkach obsługa hotelu (wg złożonych dzień wcześniej zamówień), zostawia na stole, na tarasie, a gdy wszystko jest gotowe, pracownicy hotelu niemal szeptem wypowiadają słowo „Breakfast!” …wielokrotnie, do skutku, póki nie są pewni, że goście hotelowi wstali.

Zaletą hoteliku jest położenie na uboczu, a zarazem blisko miasta. Około pół godziny pieszo od hoteliku (idąc ulicą i dalej brukowaną promenadą wzdłuż morza) zaczynają się sanurskie knajpki.

satay (indonezyjski szaszłyk)
plaża w kolorze wulkanicznego pyłu (w oddali Sanur)

Gdy wieś przechodzi w miasto, ciemny piasek ustępuje szerokiej jasnej plaży. Morze jest tu ciepłe i spokojne. Gdzieś w oddali nad wybrzeżem na północy majaczy zza mgiełki wulkan Agung. Na przeciw sanurskiej plaży widać zarys trzech należących administracyjnie do Bali wysepek: Penida, Ceningan i Lembongan.

Samo miasto jest pełne turystów, jednak miłośnikom mniej tłocznych miejsc wypada polecić właśnie te wyżej wspomniane trzy skrawki lądu po drugiej stronie cieśniny Badung.

Odsłona druga: TRZY NUSY

Wyspy Lembongan, Ceningan i Penida (po balijsku: Nusa Lembongan, Nusa Ceningan i Nusa Penida) przypominają okrągły owoc, od którego odcięto dwa plasterki i położono obok.

Owocem jest Penida – największa z trzech wysp. Ma ponad 200 km kw. i jest zamieszkana przez ponad 45.000 ludzi. Ceningan jest cienkim plasterkiem oddzielonym od Penidy wąską długa cieśniną, a Lembongan – zewnętrznym, nieco większym skrawkiem owoca (Lembongan ma ok. 8 km kw., a Ceningan ok. 5 km; na pierwszej wyspie mieszka ok. 5.000 osób, a na drugiej kilkaset). Najbliżej Bali położony jest Lembongan.

„3 Nusy” (widziane z Penidy)

Każda z wysp jest inna. Penida jest górzysta i gęsto zaludniona. Na wyspę można dotrzeć promem, dlatego pełno tu samochodów. Pozostałe wyspy nie mają połączenia promowego z Bali, więc nie ma na tych wyspach normalnych pojazdów. Brak połączeń promowych to chyba celowy zabieg władz prowincji Bali – samochody na wąskich uliczkach i drogach obu wysp skutecznie zakorkowałyby oba „plasterki” lądu.

Na Ceninganie są wyłącznie skutery, gdyż z Penidy nie można tam dotrzeć żadnym pojazdem (nie ma promu, ani mostu), a przeprawa z Lembonganu odbywa się tzw. Zółtym Mostem, na którym mieszczą się jedynie piesi i skutery.

Na na wyspie Lembongan poza wszechobecnymi skuterami można spotkać wózki elektryczne (indonezyjskie odpowiedniki naszych meleksów), którymi poruszają się turyści, a także mini ciężarówki marki Suzuki i Subaru, które pełną na wyspie funkcję autobusów.

lembongańskie „autobusy” 😉

Najłatwiejszym sposobem na dotarcie z Bali na wyspy jest podróż pasażerską łodzią motorową. Łodzie odpływają na Lembongan z przystani w Sanurze. Choć określenie „przystań” jest nieco na wyrost – łodzie odpływają z wydzielonej części plaży w Sanurze. Obsługa łodzi brodząc po kolana, a często i po pas, w wodzie, wnosi bagaże turystów na pokład unosząc je nad głowami. Sami pasażerowie zmagając się z falami docierają na łodzie w bród. 🙂

Wyspy wiele dzieli, ale łączy na pewno to, co zarazem odróżnia je od Bali – Bali tonie w bujnej tropikalnej roślinności, natomiast „trzy Nusy” są kamieniste i znacznie bardziej suche, roślinność jest tu znacznie uboższa, a zamiast zieleni, dominuje kolor żółty i beże. Można także odnieść wrażenie, że jest cieplej, a mgły i chmury spowijające stoki balijskich wulkanów prawie nigdy tu nie docierają.

drogowskaz na Lembonganie

Życie na Lembonganie skupia się w miejscowości Jungut Batu na północno-wschodnim wybrzeżu i w okolicach tzw. Żółtego Mostu, który łączy Lembongan z Ceninganem, a także wokół kilku zatoczek, gdzie powstały małe hoteliki, bungalowy i pensjonaty.

na Lembonganie

Przykładem takich turystycznych „przysiółków” są Tamarind Beach i Mushroom Beach, które powstały nad otoczonymi skałami zatoczkami i rozbudowały się wzdłuż wąskich dróg dojazdowych. Od morza w górę ciągną się wąskie uliczki pełne maleńkich hotelików (najczęściej składających się z kilku otoczonych tropikalną roślinnością domków i basenu), knajpek, warungów i sklepików – wszystko to w mikroskali, nie przytłacza i ma swój nieodparty urok.

najlepsza kafejka na Lembonganie 🙂

Naszą „bazą” na Lembonganie był niewielki Sanghyang Bay Villa.

Sanghyang Bay Villa to przytulny hotelik składający się z kilku domków leżących wokół basenu. Obsługa jest bardzo miła i pomocna, a miejsce jest spokojne, mimo że leży przy głównej uliczce Mushroom Bay. Obok Sanghyang Bay Villa jest hinduistyczna świątynia, a za nią nabrzeże i plaża.

świątynia w Mushroom Bay

Śniadania serwuje Sanghyang Bay Restaurant – to wspaniałe miejsce: pyszne posiłki plus widok na zatoczkę, plażę i Bali po drugiej stronie cieśniny. Pijąc poranną kawę można spoglądać na majestatyczną sylwetkę wulkanu Agung, największej góry wyspy Bali (poza stołami w knajpce jest też długi blat oparty o mur nabrzeża, kiedy jesz śniadania przed Tobą jest tylko plaża, morze….).

Lembongan jest pełen uroczych zatoczek. Niektóre z nich są spokojne, a inne – szczególnie te na południowo-wschodnim, otwartym na ocean wybrzeżu wyspy to miejsca, gdzie bezustannie rozgrywa się spektakl walki morza z lądem – fale z impetem wpadają w poszarpany, skalisty brzeg wzbijając wielkie pióropusze wody, piany i słonej mgiełki.

spokojna Tamarind Bay
Devil’s Tears (Lembongan)
skaliste wybrzeże na południowym wschodzie wyspy Lembongan

Na wschód od Bali leży kolejna wyspa z łańcucha Małych Wysp Sundajskich – Lombok. Trzy „Nusy” są tym miejscem w Prowincji Bali, z którego najbliżej na sąsiedni ląd, jednak na niedalekim wybrzeżu Lomboku nie ma portów i przystani (główny port leży dalej na północ). Poza tym cieśnina Lombok oddzielająca Lombok od Bali jest dość zdradliwym akwenem. Stąd nie ma tanich i szybkich rejsów Lembongan/Penida – Lombok (by odwiedzić tę mniej popularną wśród turystów „siostrę” Bali, należy udać się na północny-wschód wyspy do Candidasy i stamtąd przepłynąć na wschód).

Patrząc jednak z którejś z trzech balijskich wysepek w kierunku widocznych w oddali gór na wyspie Lombok, trzeba uświadomić sobie, że patrzymy na inny świat… Cieśnina Lombok to nie jedna z wielu indonezyjskich cieśnin, ale miejsce wyjątkowe. Biegnie nią bowiem tzw. linia Wallace’a, która wyznacza granicę pomiędzy fauną orientalną (azjatycką) a australijską, co oznacza, że na wyspie Lombok żyją zupełnie inne zwierzęta niż na Bali – na zachód od linii Wallace’a możemy spotkać tygrysy, małpy i słonie, a wschód od niej m.in. torbacze i wielkie jaszczurki, takie jak warany z Komodo.

wyspy Ceningan i Penida, a w oddali Lombok (już po drugiej stronie linii Wallace’a)

Duża „siostra” Lembonganu i Ceninganu – Penida to znacznie większy kawałek lądu. Wyspa jest górzysta, sucha i gęsto zaludniona. W wielu miejscach, nawet tych bardzo odległych od morza, mieszkańcy Penidy wybudowali niewielkie chatki i bungalowy z basenami, by przyciągnąć turystów.

Są na Penidzie prawdziwe cuda natury.

Jedyną z nich są klify tutejsze klify. 250-metrowy klif Paulang jest tak wysoki, że przeniesiony na plażę u stóp klifu Pałac Kultury i Nauki nie sięgnąłby nawet jego krawędzi, iglica sięgałaby około 20 metrów poniżej niej.

250-metrowy Paulang Cliff

U stóp klifu Paulang jest niewielka niedostępna plaża. Dalej w morze wcina się wysoki skalisty półwysep. Po drugiej stronie półwyspu widać plażę Kelingking.

Na Kelingking Beach prowadzi bardzo stroma ścieżka. Według przewodników oraz tubylców to największa atrakcja Penidy. Jednak należy zaznaczyć jedno: to miejsce dla wytrwałych i wytrzymałych, a na pewno nie dla rodzin z dziećmi (nikt Wam o tym najprawdopodobniej nie powie, ani nie znajdziecie takiego ostrzeżenia w przewodniku).

Widok zapiera dech w piersiach. Skały wcinające się w morze są wysokie, ale ze szczytu ścieżki sprawiają wrażenie niepozornych. Dopiero spojrzenie na plażę pozwala uświadomić sobie skalę tego miejsca („te maleńkie punkciki na plaży to ludzie!”).

Kelingking Beach

Ścieżka na Kelingking Beach zaczyna się niepozornie – skrajem klifu prowadzą betonowe schody, które skręcają w kierunku półwyspu. Półwysep tworzy coś na kształt siodła, które im niżej tym jest węższe. Z obu stron widać morze, zatoczki i klify.

W najniższym punkcie siodła ścieżka skręca w dół ku plaży. I gdyby z tego miejsca widoczna była dalsza część trasy, wiele osób z pewnością by zawróciło. Jednak ścieżka skrywa się wśród skał i krzaków.

ścieżka ku plaży Kelingking

Schodząc turysta odkrywa ze zdumieniem, że każdy kolejny fragment ścieżki jest bardziej ekstremalny. Zejście staje się wąskie i bardzo strome. Wykute w coraz bardziej pionowej skale stopnie są skruszone, miejscami trzeba opuszczać się na linie lub opierać się o bambusowe poręcze, balansując niemal nad przepaścią.

Stłoczeni turyści ledwo przepychają się w wąskich przejściach, a zejście zdaje się nie mieć końca, a gdy już widać koniec, okazuje się, że na plażę najlepiej zeskoczyć ze śliskiej skały.

Plaża jest piękna, otoczona wysokimi skałami, piasek jest czysty i niemal biały, a górujący nad plażą klif jest monumentalny. Jednak, czy ten sielankowy widok wart jest całej niezbyt bezpiecznej i bardzo męczącej eskapady? (tym bardziej, że w drodze powrotnej zejście okazuje się łatwiejszą częścią „wyprawy”….)

Kelingking Beach

Innym cudem natury na Penidzie jest Broken Beach (po balijsku „Pasih Uug„). To niesamowita zatoczka połączona z morzem… skalnym tunelem. Nie wiadomo, jak powstała Broken Breach – czy morskie fale wydrążyły jaskinię, której strop po jakimś czasie się zawalił, czy może najpierw powstało okrągłe zapadlisko, a potem tunel, którym wlała się woda morska. Tak, czy owak natura bez pomocy inżynierów, stworzyła niesamowitą naturalną konstrukcję.

Broken Beach

„Trzy Nusy” to piękne miejsce, które z pewnością warto odwiedzić. Wyspy są odmienne od ich wielkiej siostry – Bali.

„Trzy Nusy” to też niesamowite morze, a w nim koralowce, miliony kolorowych ryb, w tym dostojne manty.

Warto odwiedzić Jungut Batu, na północnym wschodzie Lembonganu – główny ośrodek wyspy z długą złotą plażą, z której najlepiej widać majestatyczny wulkan Agung. Lembongan to także rezerwat z lasem namorzynowym. Na Penidzie natomiast czekają piękne zatoki i podziemne świątynie.

Odsłona trzecia: NA ZACHODZIE BALI

Większość turystów odwiedza wschodnią i środkową część Bali. Tam znajdują się główne atrakcje turystyczne wyspy i największe kurorty. Wschód, a w szczególności południowy wschód, wyspy jest gęsto zaludniony i niemal całkowicie hinduistyczyny.

Zachód Bali różni się od reszty wyspy. Nie jest tak gęsto zaludniony, a spora część mieszkańców to muzułmanie. O ile na pozostałej części Bali meczety stanowią rzadkość, to w jej zachodniej części głos muezina towarzyszy mieszkańcom wielu miejscowości.

Hinduiści i muzułmanie żyją tu w zgodzie, a domostwa wyznawców Allaha sąsiadują z gospodarstwami wyznawców Siwy i Wisznu.

Klimat zdaje się być tu bardziej deszczowy, a pobliskie wulkany stale spowite są we mgle. Wiejące z południowego wschodu passaty zbierają wilgoć, którą produkuje balijska tropikalna roślinność i pchają ją ku północnemu zachodowi. Jednak południowo-zachodnie wybrzeże wyspy leży nad zatoką, która zawęża się ku północnemu wschodowi, wciśnięta między Bali a Jawę. Zamknięte w ślepej uliczce chmury zawisają nad zachodem Bali i oddają swą wilgoć nad stokach wulkanów nieopodal brzegu Oceanu Indyjskiego.

Mimo, że odległości na Bali nie są wielkie, by podróż ze wschodu na zachód wyspy zajmuje około 3 godzin. Choć drogi nie są złe, to ruch jest ogromny, ale większość dróg jest jednopasmowa, więc nie rzadko tworzą się korki.

Po drodze z okolic Denpasaru, czy Sanuru na południowo-wschodnie wybrzeże warto zatrzymać się w mieście Mengwi, by zobaczyć świątynię Taman Ayun.

Świątynia jest spokojnym i pięknym miejscem, a to co rzuca się od razu w oczy to… soczyście zielona, przystrzyżona trawa. Za zadbanymi trawnikami znajduje się świątynia pełna ołtarzy z wysokimi antracytowymi wieżyczkami z ułożonymi jedne na drugich daszkami.

Około dwóch godzin jazdy o Taman Ayun leży miejscowość Medewi.

Passaty wiejące z południowego wschodu pędzą fale, ku zwężającemu się ku północnemu zachodowi akwenowi pomiędzy Bali a Jawą. Dzięki tym naturalnym uwarunkowaniom, południowo-zachodnie wybrzeże wyspy jest mekką surferów.

…o czym szybko przyszło nam się przekonać. Okazało się, bowiem, że w hotelu Umadewi Surf & Suites byliśmy jedynymi niesurferami ;))

Hotel składa się z kilkunastu domków dla turystów. Już przed wejściem do każdego z nich widać, jaka grupa turystów jest tu najczęstszym gościem:

W takie oto stojaki na deski surfingowe wyposażony jest każdy domek.

Zrządzeniem losu trafiliśmy do Umadewi Surf & Suites tuż przed jakimś lokalnymi mistrzostwami w surfingu.

Dlatego od wczesnego rana do wieczora mieliśmy okazję podziwiać wyczyny surferów.

Jednak, gdy surferzy robili sobie przerwę w treningach, w Umadewi na plaży Medewi Beach panował spokój….

Wieczorem w oddali naszym oczom ukazywała się inna indonezyjska wyspa: Jawa. Nocą Jawa jawi się (nomen omen) jak łańcuszek maleńkich światełek. Wyspa na przeciwległym brzegu jest jedną z największych w Indonezji, jest też najbardziej zaludniona (Jawę zamieszkuje niemal 120 milionów ludzi, około połowa wszystkich Indonezyjczyków). Jawa jest w większości muzułmańska, jak pozostałe indonezyjskie wyspy (poza Bali, oczywiście).

Plaża Medewi zwrócona ku zachodowi zapewnia także piękne zachody słońca.

Często zachody słońca w połączeniu z kropelkami wody morskiej unoszącymi się nad falami tworzą niesamowitą złotą mgiełkę.

Nieopodal plaży Medewi znajduje się miejsce lądowania oddziału I Gusti Nguraha Raia. I Gusti Ngurah Rai był Balijczykiem, dziś uważanym za narodowego bohatera Indonezji. Jego imię nosi port lotniczy w Denpasarze – stolicy Bali.

Ngurah Rai w czasie wojny o niepodległości Indonezji dowodził indonezyjskimi oddziałami na wyspie Bali i zginął w bitwie pod Maragrana podczas walk z holenderskimi oddziałami kolonialnymi. Pomnik w formie niewielkiej łodzi na plaży w pobliżu Medewi upamiętnia lądowanie Nguraha Raia na Bali.

Około 50 kilometrów na zachód od Medewi mieści się Kurma Asih – coś na kształt porodówki i przedszkola dla żółwi morskich, gdzie można zobaczyć żółwie jaja, małe żółwiki w „zółwim przedszkolu”, a także samemu zanieść maleńkie gady na brzeg morza i patrzeć jak biegną całymi tabunami w kierunku morza, a potem dzielnie walczą z niewielkimi (ale dla nich gigantycznymi) falami, by rozpocząć nowy etap swojego życia – w oceanie.

Południowe wybrzeże Bali kończy się w okolicach Gilimanuk, najbardziej na zachód położonego miasta na Bali. Gilimanuk to miasto portowe nad Cieśniną Bali, która oddziela Bali od Jawy. Z portu w Gilimanuk odpływają kilkanaście razy dziennie promy na drugi brzeg 3-kilometrowej cieśniny. Ten wąski akwen łączy dwa oceany: Indyjski na południu i Morza Balijskie, które jest częścią Oceanu Spokojnego – na północy.

Po drugiej, „pacyficznej” stronie cieśniny, wyspa wygląda inaczej. O ile południowo-zachodnie wybrzeże Bali jest soczyście zielone, wilgotne, a na okolicznych wzgórzach i górach często spoczywa gęsta czapa chmur, o tyle północ jest bardziej sucha i słoneczna.

Główną atrakcją północno-zachodniej części Bali jest wyspa Menjangan.

Menjangan to część parku narodowego, a największą jej atrakcją są dzikie zwierzęta, w szczególności jelenie balijskie, które nierzadko przechadzają się po tutejszych plażach i brodzą w oceanie.

Jednak największe skarby kryją się u brzegów wyspy – pod powierzchnią oceanu jest cudowna rafa koralowa mieniąca się tysiącami kolorów, skąpana w promieniach słońca przebijającymi się błękitną, połyskującą toń wody, pełna kolorowych ryb, rozgwiazd i innych organizmów morskich.

Rafa kończy się stromy stokiem opadającym w ciemnogranatową otchłań.

Menjangan leży kilkanaście kilometrów od Jawy. Stąd widać, że Indonezja to kraina wulkanów – w zasięgu wzroku widać stożki jawajskich wulkanów Raung, Ijen i Baluran, a gdy się przyjrzeć w oddali lekko zarysowują się kolejne wulkaniczne szczyty.

Menjangan jest tak blisko Jawy, że telefony komórkowe odbierają tu sygnał z Jawy, a nie z Bali. To może wprowadzić nieco zamieszania… na Jawie bowiem jest inny czas niż na Bali, więc zegary w smartfonach na Menjanganie przestawiają się na czas jawaski (zachodnioindonezyjski), czyli godzinę wstecz w stosunku do czasu środkowoindonezyjskiego (balijskiego).

Menjangan w 3 jawajskimi wulkanami w tle (Raung, Ijen i Baluran)

I na tym koniec podróży w poprzek Bali…

Piękne Sakartwelo

Sakartwelo – tak Gruzini nazywają swój kraj.

Gruzja przywitała mnie chłodno. Mimo, że była połowa maja było zimno, około 10 stopni Celsiusza, a nad lotniskiem w Kutaisi osiadły nisko chmury. Była jeszcze noc, mały, ale nowoczesny terminal portu lotniczego w drugim co do wielkości mieście Gruzji błyszczał pośród otaczającego go mroku.

Lotnisko w Kutaisi

Szybka i miła odprawa paszportowa, odbiór bagażu i wszedłem do holu, w którym stali taksówkarze i kierowcy marszrutek, czyli podstawowego środka transportu zbiorowego w Gruzji. Znalezione dzięki internetowym wyszukiwarkom rady mówiły jasno: nie należy korzystać z ich usługi i nie dać się nagabywać, lecz wyjść przed terminal, gdzie stoją białe busy przeżywające swoje drugie, a może i trzecie życie w Gruzji, po odsłużeniu kilku lub kilkunastu lat w Europie Zachodniej, a może i w Polsce. Usługi panów z hali przylotów są bowiem tej samej jakości, co tych sprzed terminala, lecz są znacznie droższe.

Gdy odnalazłem marszrutkę z napisem „Batumi” zapytałem łamaną polsko-rosyjską hybrydą językowa, czy mogę wsiąść, na co gruby, wielki Gruzin o kręconych włosach i ciemnych oczach uchylił przesuwane drzwi, dając do zrozumienia, że mam wejść i ryknął wesoło z rosyjska, ale z całkiem nierosyjskim akcentem: „Dawaj, brat!”.

Po półgodzinie marszrutka się zapełniła, kierowca zebrał po kilkanaście lari za przejazd i ruszył w 180-kilometrową trasę do Batumi.

Jazda marszrutką w Gruzji przypomina przejażdżkę rollercoasterem. Drogi w kaukaskiej republice są takie jak w Polsce, czyli raczej nierówne, nie ma jednak ma autostrad i dróg ekspresowych, za to jest pełno zakrętów, a śpieszący się kierowcy wyprzedzają nierzadko na trzeciego.

Widać, że Gruzja jest znacznie biedniejsza od Polski. Miasteczka i wsie między Kutaisi i Batumi przypominają nasz kraj w latach dziewięćdziesiątych – przy każdym domu stoi auto, ale ich średnia wieku to na oko 20 lat, wszędzie wiszą anteny satelitarne, w miasteczkach najbardziej kolorowymi i zadbanymi budynkami są markety i stacje benzynowe. Widać niedoinwestowanie, ale też przedsiębiorczość Gruzinów – w każdy miasteczku i wsi stoją jakieś stragany, a handlarze uwijają się, żeby obsłużyć klientów.

Wbrew moim wyobrażeniom, na gruzińskich drogach prawie nie ma już reliktów z czasów imperium sowieckiego – ład, zaporożców, wołg, uazów, czy moskwiczów. Niewiele jest też produktów przemysłu motoryzacyjnego współczesnej Rosji, przeważają natomiast kilkunastoletnie, a nierzadko i dwudziestokilkuletnie samochody z zachodu, często luksusowych marek. Czasem auta maja kierownicę po prawej stronie. To efekt liberalnej polityki gruzińskich władz w zakresie importu używanych samochodów. Niskie cła i podatki sprawiły, że ten niezamożny kraj jest znacznie bardziej zmotoryzowany niż kaukascy sąsiedzi. Kierownica po prawej stronie wcale nie oznacza, że tutejsze samochody służyły kiedyś poddanym królowej Elżbiety II. Przejażdżka prawostronnym Subaru zaadaptowanym na taksówkę (oczywiście podróżowałem w charakterze pasażera, a nie kierowcy) odkryła przede mną prawdziwą historię tych aut – otóż dzięki napisom po japońsku i wyjaśnieniom kierowcy dowiedziałem się, że wiele gruzińskich aut używanych pochodzi z Japonii (kto wie… może nim właścicielem tego Subaru został Gruzin, wcześniej trafiło ono z Japonii do Rosji, gdzie jeździł nim jakiś Jakut lub Buriat na Dalekim Wschodzie).

W okolicach miejscowości Poti droga Kutaisi – Batumi dociera w rejony nadmorskie i zmienia kierunek z zachodniego na południowy. Miejscami w oddali widać Morze Czarne, a nieopodal Batumi wygięte w łuk gruzińskie wybrzeże zapewnia doskonały widok – na północy widać wybrzeże zbuntowanej gruzińskiej prowincji – Abchazji, a za nim białe szczyty Wielkiego Kaukazu oddzielające Abchazję od Rosji.

Na wschodzie wyrastają niesamowicie zielone szczyty Małego Kaukazu, które swą bujną roślinność zawdzięczają częstym deszczom i ciepłemu, wilgotnemu klimatowi (klimat podzwrotnikowy morski).

W okolicy miejscowości Kobuleti zaczyna się Adżaria – to jedna z prowincji Gruzji. Stolicą Adżarii jest Batumi, a region cieszy się autonomią w związku z tym, że większość mieszkańców uważa się po pierwsze za Adżarów.

Adżarowie to grupa ludności gruzińskiej, która akcentuje swą odrębność i mimo, że – w odróżnieniu od Abchazów – uważają się również z Gruzinów. Posługują się jednak innym dialektem, mają własne tradycje, a do niedawna większość z nich była muzułmanami.

flagi Gruzji i Adżarii w porcie w Batumi

Tak więc Batumi pełni funkcje stołeczne dla Adżarii mającej status republiki autonomicznej, ale trzeba wiedzieć, że ta stołeczność Batumi ma tym się nie kończy – w mieście znajduje się siedziba gruzińskiego sądu konstytucyjnego.

Im bliżej Batumi tym Gruzja jest zamożniejsza. Widać, że Adżaria żyje z turystyki, handlu. Samo miasto Batumi jest ważnym węzłem transportowym i głównym portem morskim Gruzji.

Nietypowe jest to, ze linia kolejowa nie dociera do miasta, ale kończy się niejako na jego przedmieściach w miejscowości Machindżauri.

Batumi to niesamowita mieszanka luksusu i biedy, nowoczesności i zacofania, morza i gór, w mieście widać wpływy tureckie, rosyjskie (z czasów carskich i te współczesne), sowieckie, ormiańskie i zachodnie.

Symbolem nowoczesnego Batumi jest dzielnica wieżowców w okolicach portu i rozwijający się pas nadmorski. Tu stoją symbole miasta – Wieża Alfabetu Gruzińskiego oraz wieżowiec Politechniki Batumskiej z charakterystyczną strzelistą wieżą i diabelskim młynem umieszczonym wysoko na elewacji budynku. Symbolem nowoczesności jest też kolejka gondolowa Argo, którą z portu, nad dachami miasta można dotrzeć na wzgórze Anuria, z którego rozciąga się piękny widok nie tylko na całe miasto, port, morze, ale i okoliczne miejscowości i góry.

Wieża Alfabetu Gruzińskiego
budynek Politechniki Batumskiej

Luksus rozsiadł się wzdłuż batumskiego bulwaru nadmorskiego, gdzie można natknąć się na luksusowe hotele, restauracje i kawiarnie, a przy chodnikach stoją nowoczesne, drogie samochody.

Symbolem luksusu jest przypominający wieżę Babel hotel „Sheraton Batumi”.

Sheraton Batimi i nadmorskie aleje
Kolumnady
Kolumnady

Tureckie Batumi to głównie dzielnica salonów gier i kasyn nieopodal portu, gdzie tysiące Turków korzysta z liberalnych przepisów prawa dotyczących hazardu i oddaje się tej rozrywce. Tureckie wpływy widać też w ornamentyce niektórych budynków, ale główne batumskie zabytki to pozostałość po czasach, gdy miasto było częścią Imperium Rosyjskiego – główne ulice, bulwary, teatr, fasady kamienic w centrum miasta, np. na Placu Europy, kino „Apollo”, bulwar Batumi Pier.

Teatr Dramatyczny w Batumi

Powyżej: Plac Europy

Rosja współczesna w Batumi to głównie turyści z Rosji, którzy – mimo napiętych stosunków pomiędzy kaukaską republiką a jej wielkim sąsiadem – odwiedzają miasto tłumnie. Rosja to także język rosyjski powszechny wśród nastawionych na turystów zza Kaukazu restauratorów, hotelarzy, czy sklepikarzy.

Spadkiem po Związku Sowieckim są głównie bloki w typowym sowieckim stylu, brzydkie, pełne niekonsekwencji architektonicznych, z balkonami nierzadko przerobionymi na dodatkowy pokój. Sowiecka jest też architektura delfinarium, gmachów miejskich. Miejscami można dojrzeć sowieckie pomniki.

W Batumi można natknąć się na ślady wielu religii – są na kościoły prawosławne gruzińskie, kościoły ormiańskie, cerkwie rosyjskie i meczety.

ormiański Kościół św. Grzegorza
Cerkiew Św. Mikołaja

Wpływy zachodnie widać w architekturze nowych budynków, m.in. kwartału hotelowego „Piazza” wzorowanego na typowo placu w stylu przywodzącym na myśl miasta Dalmacji lub północnych Włoch, należące kiedyś do Republiki Weneckiej. Patrząc jednak na wiele budynków takich jak niektóre hotele, wieża Justice House, budynek Politechniki Batumskiej, można zauważyć, że wiele budynków wybudowanych w stylu zachodnim, ma elementy własne: gruzińskie lub orientalne, jak te na Placu Europy.

Niewątpliwie symbolem Batumi jest także 8-kilometrowy bulwar nadmorski, ciągnący się od portowych falochronów i Wieży Alfabetu Gruzińskiego, aż w okolice lotniska. Bulwar to prawdziwa galeria miejska przedstawiająca różne oblicza miasta – od wieżowców w okolicach portu, zielonej przestrzeni Parku Nadmorskiego, poprzez nowoczesne hotele, sowieckie bloki, aż po nowe dzielnice wyrastające na południu miasta.

rzeźby na Bulwarze Nadmorskim czynią zeń galerię sztuki na wolnym powietrzu

Adżaria to nie tylko Batumi.

Godnym polecenia miejscem jest Park Narodowy Mtirala, który znajduje się w gęsto zalesionych górach na północ od Batumi.

Najlepszy sposób na dotarcie do parku to podróż marszrutką do miejscowości Czakwi (może to być  marszrutka obsługująca linię Batumi – Kutaisi). W Czakwi, tuż obok „marszrutkowego” przystanku, czekają na klientów lokalni taksówkarze.

Drogowskazy w Czakwistawi

Podróż taksówką („moja” miała kierownicę po prawej stronie) to niezła atrakcja – droga do centrum parku narodowego, czyli do osady Czakwistawi pnie się w górę doliną rzeki Czakwistskali. Z początku to wąski pasek asfaltu, lecz po kilku kilometrach twarda nawierzchnia się kończy i zaczyna się kamienista ścieżka, na której przed każdym zakrętem kierowca używa klaksonu, by dać  nadjeżdżającym z drugiej strony samochodom, że należy uważać, zwolnić i wzajemnie się przepuścić. Wilgotne stoki gór poprzecinane są strużkami potoków, które przepływają wprost przez drogę, więc co kilka kilometrów, taksówka brodzi w wodzie, rozbryzgując ja na boki.

Góry w Parku Mtirala to takie nasze Beskidy na „sterydach”. I nie chodzi tu o wysokość, ale bujność roślinności. Subtropikalny klimat Adżarii charakteryzuje, poza środziemnomorskimi temperaturami, duża wilgotność – to połączenie ciepła i deszczów sprawia, że lasy adżarskich gór są tak bujne.

Zaskoczeniem dla turysty z polski mogą być leśne polany pełne rododendronów, których liście bez problemów mogłyby służyć za parasole.

W parku Mtirala wyznaczno kilka tras dla turystów, które zaczynają się i kończą przy budynku dyrekcji parku i muzeum w Czakwistawi.

Przed odlotem do Polski z lotniska w Kutaisi warto odwiedzić to miasto.

Jest ono zupełnie inne niż Batumi – położone w rozległej dolinie i na okalających je wzgórzach. W oddali majaczą szczyty Małego Kaukazu, a przez miasto wije się rzeka Rioni.

Plac Króla Dawida Budowniczego, Teatr Dramatyczny, a w oddali Katedra Bagrati

Kutaisi przypomina miasta rosyjskie, a nawet te, które kiedyś były częścią monarchii austo-węgierskiej.

Widok z położonego na wzgórzu Parku Gabaszwilego na rzekę Rioni, most Tetri i starówkę, jako żywo przypomina widok z Wzgórza Zamkowego w Cieszynie na rzekę Olzę, graniczny Most Przyjaźni i Czeski Cieszyn. Rioni wije się podobnie jak Olza, w oddali widać góry, tyle że zamiast Beskidów jest dużo wyższy Mały Kaukaz.

Park Gabaszwilego warto odwiedzić by napawać się pięknym widokiem na miasto i okolicę, a także dlatego, że z parkowego wzgórza do centrum Kutaisi można dostać się w ciągu kilku minut kolejką gondolową (nad zalesonymi zboczami wzgórza, oraz nad rzeką Rioni wprost na „Starówkę”.

Na moście Tetri czeka nas ten oko chłopak ;)))

na moście Tetri

Kutaisi i okolice to miejsce bardzo ważne dla Gruzinów – kilkanaście kilometrów za miastem znajduje się Monastyr Gelati, a nad centrum miasta góruje Katedra Bagrati.

Monastyr Gelati jest tym dla Gruzinów, czym katedra gnieźnieńska dla Polaków – został zbudowany w 1106 rokuna zlecenie króla Dawida IV Budowniczego – największego gruzińskiego władcy. Tu też spoczęły jego doczesne szczątki.

Z uwagi na znaczenie króla Dawida w historii Gruzji, Gruzini otaczają to miejsce wyjątkową czcią, a płytę nagrobną pod którą spoczywają szczątki władcy zawsze zdobią kwiaty.

Monastyr to bardzo stary budynek, a zdobienia w świątyni zapierają dech w piersiach mimo, że przez upływ czasu odcisnął na nich piętno.

Z położonego na wzgórzu monastyru można dojrzeć ośnieżone szczytu Wielkiego Kaukazu.

Katedra Bagrati (czyli oficjalnie Katedra Zaśnięcia Bogurodzicy) góruje nad Kutaisi. Warto ją odwiedzić choćby z uwagi na piękny widok na miasto i Mały Kaukaz.

Świątynia powstała 1003 roku. Wielokrotnie przebudowywana i niszczona przez najeźdźców jako symbol Gruzji i kościoła gruzińskiego, dotrwała mimo tych przeciwności do naszych czasów.

Dziś jest miejscem, do którego pielgrzymują wierni i tłumnie odwiedzają turyści, jest też ulubionym miejscem zdjęć ślubnych.

Od wieków to jedna z najważniejszych budowli Gruzji i jedna z głównych świątyń Gruzińskiego Kościóła Prawosławnego, tak dumnego ze swej niezależności od Rosji i sięgającej 486 roku historii (to jeden z najstarszych obok ormiańskiego istniejących do dziś kościołów chrześcijańskich).

Katedra Bagrati

Gruzja to piękne i niesamowite miejsce. Jednocześnie bliskie nam Polakom, a zarazem leżące w oddali, z jednej strony na wskroś europejskie, z europejskimi aspiracjami, a z drugiej odmienne, posiadające swój własny gruziński charakter, architekturę… własny urok.

Warto Gruzję odwiedzić.

Moje miasto…

IMAG2319

Cieszyn, ul. Przykopa

Czytaj dalej

Planeta Dubaj

Kiedy, Drogi Turysto, zdecydujesz się odwiedzić Dubaj, bądź gotów na masę zaskoczeń, pewną dawkę szoku, troszkę rozczarowania i ból szyi od ciągłego patrzenia w górę.

Dubaj ma zapierać dech w piersiach – z pewnością to idea fix tutejszych władców. I zapiera… Miasto już na „dzień dobry” oszałamia. Gdy samolot (najczęściej tutejszych linii – Emirates) schodzi do lądowania, miasto wita gości niesamowitym widokiem ciągnącego się w nieskończoność  – pomiędzy żółto-beżowym morzem piasku a błękitem Zatoki Perskiej – pasa budynków, z którego wyrasta błyszcząca w słońcu Burj Khalifa (Burdż Chalifa).

Jeżeli Twój samolot, Drogi Turysto, dotrze nocną porą na południowy skraj Zatoki Perskiej (zwanej tu – nomen omen – The Arab Gulf, czyli Zatoką Arabską) , ujrzysz ciągnącą się dziesiątki kilometrów w dal wstęgę świateł, oddzielającą matową ciemność pustyni od połyskującej ciemności arabsko-perskiego morza.

Pierwsze kroki na ziemi dubajskiej podróżny stawia w ultranowoczesnym, ale nieco zimnym i bezosobowym terminalu lotniska Dubai International, który przypomina wielki kokon leżący w centrum wielohektarowej połaci betonu i z pewnością jest jednym z najpiękniejszych obiektów tego typu na świecie.

Terminal błyszczy. Kilometry kwadratowe marmuru są utrzymywane w stanie nienagannej czystości, nie dziwią więc śpiący na betonowej podłodze podróżni, dla których tutejszy hub jest tylko centrum przesiadkowym w drodze w zupełnie inne części świata. Dzięki dziesiątkom wielkich owalnych, 20-30-metrowych okien ustawionych pionowo obok siebie sięgających niemalże od powierzchni płyty lotniska, po wypukły sufit hali terminalu, w dzień terminal tonie w tropikalnym słońcu, które kontrastuje z przyjemnym chłodem „produkowanym” przez system klimatyzacji.

Port lotniczy Dubai International to centrum pajęczej sieci połączeń lotniczych oplatających większość globu. Wielobarwny i multietniczny tłum przemieszcza się we wszystkich kierunkach szukając odpowiednich gate’ów lub oczekując na kolejny lot.  Nad wejściami do rękawów, na niewielkich ekranach pojawiają się nazwy setek miast.

 

w wieży Burdż Chalifa

Skoro, Drogi Turysto, jesteś już w Dubaju, przyda Ci się garść informacji nt. miasta i emiratu.

Dubaj jest stolicą emiratu o tej samej nazwie, ten zaś jest jedną z siedmiu monarchii tworzących wyjątkową niby-republikańską federację – Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA).

Określenie „niby-republikańska federacja” chyba najlepiej opisuje wyjątkowy w skali świata system polityczny ZEA.  Głową państwa w Zjednoczonych Emiratach Arabskich jest prezydent, nie jest on jednak wybierany przez obywateli w wyborach powszechnych, ani też nominowany przez parlament. Wyboru dokonuje swoiste „kolegium elektorów” składające się z władców siedmiu emiratów. Jednak faktyczne szanse na wybór na urząd prezydencki mają tylko dwaj monarchowie – emir Abu Dhabi i emir Dubaju, pozostali emirowie nie liczą się w tej „konkurencji”. Zjednoczone Emiraty Arabskie –  bowiem – to związek dwóch gigantów (Abu Dhabi i Dubaj) i pięciu maluchów – Szardża, Adżman, Umm al-Kajwajn, Ras al-Chajma i Fudżajra. W emiratach Abu Dhabi i Dubaj mieszka przytłaczająca większość mieszkańców, do obu księstw należy także grubo ponad ¾ powierzchni ZEA. Dwa dominujące emiraty dzielą między siebie najważniejsze stanowiska w federacji – gdy jeden z władców zostaje prezydentem, drugi – wiceprezydentem i premierem rządu (aktualnie emir Abu Dhabi jest prezydentem ZEA, a emir Dubaju – wiceprezydentem i premierem).

W Zjednoczonych Emiratach Arabskich nie ma instytucji demokratycznych – parlamentu, samorządów lokalnych – de facto ta federacja emiratów jest zarządzaną przez lokalne dynastie grupą 7 „przedsiębiorstw” (i trzeba tu przyznać: świetnie zarządzanych), którą można by nazwać federacją monarchii absolutnych. My, Europejczycy, możemy uznać taki system władzy za anachroniczny, jednak Zjednoczone Emiraty nie odbiegają od standardu panującego na Półwyspie Arabskim – niedemokratycznymi, absolutnymi monarchiami są wszystkie sąsiednie kraje: Oman, Arabia Saudyjska, Kuwejt i Katar, jedynie w Bahrajnie panuje monarchia konstytucyjna. Zjednoczone Emiraty Arabskie odróżnia od innych monarchii „znad Zatoki” bardziej skomplikowana, federacyjna struktura.

Sam Dubaj nie wpisuje się jednak w regionalne standardy. Najważniejszą cechą, która odróżnia miasto i emirat od pozostałych sześciu „braci”, a także sąsiednich monarchii i bardziej odległych sąsiadów jest źródło dochodów i bogactwa. Nie jest nim bowiem wydobycie ropy naftowej, ani gazu ziemnego, lecz szeroko pojęte usługi i handel. Od kiedy lokalni władcy i zrzucili  kolonialny gorset, a następnie przejęli wydobycie ropy z rąk zachodnich koncernów, Półwysep Arabski stał się prawdziwym naftowym eldorado. Na pustyniach i brzegami mórz wyrosły w ciągu czterech dziesięcioleci gigantyczne petrodolarowe fortuny, a wraz z nimi błyszczące marmurem, szkłem i stalą nowoczesne miasta. Celna identyfikacja potrzeb bogacących szybko mieszkańców Półwyspu Arabskiego była i jest podstawą sukcesu Dubaju. W odpowiedzi na rosnący popyt na coraz bardziej luksusowe dobra, miasto tworzy wielkie centra handlowe, w których wzbogaceni na ropie Emiratczycy, Saudyjczycy, czy mieszkańcy Kataru, mogą wydawać fortuny.

Dubajski emirat jest zasobny w ropę i gaz ziemny, ale większość dochodów uzyskuje nie z paliw kopalnych, lecz usług, handlu, finansów, transportu, wszelkiego rodzaju pośrednictwa, bankowości i ubezpieczeń. Kiedy wezbrana rzeka ropy i morze gazu popłynęła z pól naftowych Półwyspu Arabskiego, lokalni emirowie zarządzili budowę gigantycznego naftoportu – miliony baryłek ropy przepływających przez Dubaj, pozostawiły w budżecie emiratu miliardy dolarów zysku z pośrednictwa i rafinacji paliw.

Przeznaczeniem dubajskiego portu nie jest jedynie wysyłka  paliw – miasto stało się wielkim pośrednikiem w przepływie towarów między państwami znad Zatoki Perskiej, a resztą świata. W przeciwnym kierunku niż ropa i gaz zaczęły płynąc inne dobra  - samochody, elektronika, jachty, złoto, żywność, diamenty i wszystko, na co znalazł się popyt w Emiratach i u ich bogatych sąsiadów.   W ten sposób miasto i emirat stały się wielkim centrum handlu wszystkim i z wszystkimi. Część wpływających do tutejszego portu dóbr wędruje dalej, do sąsiednich emiratów i państw, jednak większość pozostaje w mieście, w dziesiątkach centrów handlowych, stref wolnocłowych, czy salonów samochodowych.

Gdy zamożni Arabowie, tak miejscowi, jak i z krajów ościennych, postanowili inwestować swoje pieniądze, gdy szukali bezpiecznych konta bankowych, na których spokojnie mogą rosnąć milionowe kwoty, dubajczycy byli gotowi i opierając się na miliardowych przychodach z handlu ropą stworzyli branżę bankową działającą zgodnie z zasadami islamu. Należy bowiem pamiętać, że pobieranie odsetek jest uznawane za lichwę, a ta jest niezgodna z prawem islamskim. Miejscowy kapitał stworzył podwaliny miejscowego rynku bankowego. Dziś Dubaj to wielkie centrum bankowości, tak klasycznej (zachodniej), jak i islamskiej. Miasto jest także potentatem ubezpieczeniowym w świecie islamskim. Podobnie, jak w przypadku banków, również towarzystwa ubezpieczeniowe powinny działać zgodnie z literą Koranu.  W bezpiecznej przystani dla biznesu, jaką jest Dubaj, powstały setki islamskich towarzystw ubezpieczeniowych (tzw. takaful).

Drogi Turysto, na początek ostrzeżenie: to miasto może rozczarować. Rozczarowani będą ci podróżnicy, którzy przylatują do Dubaju z bagażem realnych (podróże) lub wirtualnych (książki, prasa, telewizja, internet) doświadczeń i wiedzy na temat innych miastach świata arabskiego, czy szerzej – islamskiego. Dubaj to nie Kair, czy Stambuł, próżno więc tu szukać tysięcy zabytków pamiętających czasy faraonów, czy przynajmniej epokę sułtanów – zabytków jest niewiele i nie ma pewności, czy to oryginały, czy też coś na kształt scenografii do dubajskiej bajki stworzonej na życzenie tutejszych emirów.

Na rozczarowanie powinni przygotować się także ci turyści, którzy liczą na to, że w Dubaju znajdziemy suk, czy bazar, na którym sprzedaje się cuda z „Baśni tysiąca i jednej nocy” w sklepikach pamiętających czasy, gdy Turcy osmańscy rządzili Bliskim Wschodem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

dubajski skwer ;))))))

Dubaj wymyka się stereotypom dotyczącym miast bliskowschodnich czy arabskich. Emiracka metropolia nie jest bowiem (i tu dla wielu kolejne rozczarowanie) miastem arabskim, bliskowschodnim. To nowoczesna globalna metropolia, gdzie zza fasad sięgających nieba wieżowców ze szkła, stali i marmurów i wyłaniają się skrawki Indii, Pakistanu, Filipin, czy Libanu, sklepy są dominowane przez Filipinki, wsiadając do taksówki przenosimy się na subkontynent indyjski, a dzielnicach biznesowych można poczuć się jak w Londynie, czy Nowym Jorku.

Al-Barsha  trochę nowoczesności, trochę Libanu, nieco Maroka, do tego włoskie, arabskie i hinduskie smaki… oraz amerykańska szkoła

Kolejne sprzeczności, które jednak, jak się okazuje, nie wykluczają się:  Emiraty, a w szczególności Dubaj, są bardzo przychylne osiedlaniu się cudzoziemców (jeżeli mają zamiar pracować), a jednocześnie nigdy nie nadają cudzoziemcom obywatelstwa ZEA.  Awansu do grona „oficjalnych” poddanych emira nie zapewnia nawet miejsce urodzenia – ocenia się, że kilka do kilkunastu procent mieszkańców Dubaju to ludzie urodzeni w emiracie, potomkowie arabskich emigrantów sprzed 20-30 lat, którzy nie mogą pochwalić się jednak emirackimi przodkami, a więc nie mogą liczyć na obywatelstwo ZEA. Nawet najbogatsi obcokrajowcy nigdy nie zostaną obywatelami Zjednoczonych Emiratów Arabskich,  jednak dla nich brak ubezpieczenia społecznego, czy darmowej służby zdrowia nie jest wielką uciążliwością, a przyjazny klimat dla inwestorów, nieustający boom gospodarczy i symboliczne podatki, czynią z Dubaju raj dla bogaczy.

Spacerując po ulicach Dubaju, poruszając tutejszym metrem, odwiedzając centra handlowe – można odnieść wrażenie, że typowy dubajczyk jest… Hindusem, a dubajka – Filipinką. W wielobarwnym tłumie mieszkańców Dubaju niewielu jest dubajskich, czy emirackich Arabów (łatwo ich dostrzec, gdyż w większości noszą długie, nieskazitelnie białe galabije). Są właścicielami, prezesami, menedżerami wysokiego szczebla, przechadzają się i doglądają wedle zasady „pańskie oko konia tuczy”.

Dubajski tłum składa się jednak głównie z nie-obywateli, czyli tzw. rezydentów. Wśród nie-obywateli wyraźny podział, który determinowany jest przez zamożność, a pośrednio przez wykształcenie i pochodzenie „geograficzne”. Najwyższy szczebel drabiny społecznej nie-obywateli jest wielonarodowy, wśród rezydentów-milionerów są Arabowie spoza Emiratów, Rosjanie, zachodni Europejczycy, Amerykanie, Hindusi, ale też przedstawiciele wielu innych narodowości. Szczebel niżej znajduje się dubajska wyższa klasa średnia – przedsiębiorcy, menedżerowie, finansiści, inżynierowie, lekarze, profesorowie szkół wyższych. Ludzie Ci także mają zapewnione bezpieczne, dostanie i wygodne życie w Dubaju, tyle, że ich los bardziej zależny jest od losu korporacji i instytucji, dla których pracują, a także koniunktury – są wśród nich głównie Europejczycy, Australijczycy i Amerykanie, Chińczycy, a także dobrze wykształceni Arabowie i Hindusi. Ci ostatni to także największa grupa tworząca dubajską middle middle class, klasyczną klasę średnią – specjaliści od nowoczesnych technologii, lekarze, specjaliści od finansów, drobni przedsiębiorcy.

Na tym kończy się lista „beneficjentów” dubajskiego systemu. Niższe szczeble dubajskiej drabiny społecznej to ludzie, dzięki którym „arabski tygrys gospodarczy” żyje i nieźle funkcjonuje. Są wśród nich Filipińczycy, a właściwie głównie Filipinki – sprzedawczynie, hostessy, recepcjonistki w hotelach, taksówkarze z subkontynentu indyjskiego (Hindusi i Pakistańczycy) – otrzymujący nie rzadko wynagrodzenie pozwalające im na prowadzenie skromnego, acz nie biednego życia, jednakże najczęściej bez szans na zabezpieczenie w postaci ubezpieczenia zdrowotnego, czy emerytalnego. Na samym dnie są emigranci ze Sri Lanki, Bangladeszu, Pakistanu i niewykształceni Hindusi -pracownicy budowlani mieszkający budynkach przypominających hotele robotnicze, pracujący za najniższe stawki, nierzadko przewożeni codziennie autobusami pomiędzy placem budowy, a miejsce zamieszkania, nigdy nie widzą świata poza płotem placu budowy i ogrodzeniem wokół hotelu.

Dubaj to nietypowe miasto także z uwagi na jego układ urbanistyczny i rozkład ulic. Miasto przypomina węża z głową ułożoną na północnym wschodzie na obszarze nad rzeką Dubai Creek, w najstarszych dzielnicach, niewiele różniących się od innych miast Bliskiego i Środkowego Wschodu. Pozostała część metropolii to ogon węża ciągnący się na południowy zachód wzdłuż brzegu Zatoki Perskiej (tu zwanej Arabską), aż do położonego ok. 50 km od „starego” centrum  – Jebel Ali.  Kręgosłupem dubajskiego węża jest jedna wielopasmowa ulica Sheik Zayed Road.

Al Bastakija – dubajska starówka

W odległości kilku minut jazdy samochodem na północny zachód jest morze, a w tej samej odległości  południowy wschód zaczyna się pustynia. Piaszczyste pustkowie zaczyna się nagle, jednak dubajski wąż tyje, a właściwie kwitnie jak kolonia koralowców i połyka pustynię. Widać to na dwustronnej mapie Dubaju: z jednej strony gęsto zabudowany pas ciągnący się wzdłuż z morza z osią Sheik Zayed Road pośrodku, a z drugiej – blade tło przedstawiające pustynię, na którym widnieją fantazyjne kształty, nakreślone jakby ręką zwariowanego artysty; część tych zawijasów, mozaik i wielkich okręgów opatrzona jest notatką „Under Construction” lub „u/c”. To powstające na pustyni, oddzielone od niej murami, ekskluzywne osiedla domów jednorodzinnych, parki rozrywki, gigantyczne centra sportowe, pola golfowe, centra handlowe, tory wyścigowe, a także parki przemysłowe i centra nowoczesnych technologii. Boom inwestycyjny mimo, że nieco wyhamowany przez światowy kryzys ekonomiczny, nadal trwa.

Sheik Zayed Road to wielopasmowa miejska autostrada, po 6-7 pasach w każdą stronę płynie nieprzerwana rzeka pojazdów – najczęściej wielkich SUV-ów, amerykańskich samochodów terenowych, limuzyn i super samochodów typu ferrari, lamborghini lub camaro.

Oddalając się od „starego” centrum, Sheik Zayed Road staje się dnem kanionu stworzonego przez rzędy drapaczy chmur, potem dociera wyrosłej w ostatnich latach dzielnicy Dubai Downtown, kreowanej na nowe centrum metropolii, której jądrem jest największe centrum handlowe świata –  Dubai Mall i zdająca się wkłuwać w zawsze błękitne arabskie niebo wieża Burdż Chalifa (Burj Khalifa). Dalej Aleja Szejka Zajeda opuszcza ten kanion, by przeciąć dzielnice pełne marketów, salonów samochodowych i małego przemysłu po jednej i domów jednorodzinnych oraz szkół pod drugiej, a następnie dotrzeć do dzielnicy Al-Barsha.

W Al-Barshy życie skupia się wokół wielkiego centrum handlowego The Mall Of The Emirates. Z dachu „mallu” wyrasta gigantyczny, srebrny, pochyły kształt – to Ski Dubai – sztuczny stok narciarski w wyciągiem.

imag0487

Ski Dubai na dachu The Mall Of The Emirates

Nad morzem rozciąga się dzielnica Umm Suqeim, której największe atrakcje to centrum handlowo-hotelowe Medinat Jumeirah oraz Burdż Al-Arab. W Dubaju wiele miejsc coś udaje, bądź przypomina. I tak Medinat Jumeirah udaje stare arabskie miasto – urocze, pełne wąskich zaułków, zadaszonych uliczek i zalanych słońcem placów, iście bajkowe, z urokliwym kanałem pośrodku.

Burdż Al-Arab to super ekskluzywny hotel, który wygląda jak dwustumetrowy żagiel.

Medinat Jumeirah (w oddali Burdż Al-Arab)

Kiedy Sheik Zayed Road dociera do dzielnicy Al-Sufouh ponownie zmienia się w wielki kanion stworzony przez budowniczych drapaczy chmur ciągnących się wzdłuż alei.

Kiedy po prawej stronie wyłania się wielkie rondo z gmachem Dubai Pearl po środku, oznacza to, że dotarliśmy w pobliże słynnej dubajskiej „Palmy” – The Palm Jumeirah.

apartamentowce Oceana na The Palm Jumeirah

Palma składa się z wielkiego pnia,  rozszerzającego się w rodzaj kielicha poniżej gałęzi, 7 wielkich gałęzi po każdej stronie górnej części pnia i 2 małych na szczycie Palmy. Palmę otacza wyspa pełniąca funkcję falochronu. Ochrona przed morskimi falami to nie jedyna funkcja wyspy – to także miejsce luksusowego wypoczynku – miliony ton piasku i kamieni są podstawą dla eleganckich i drogich hoteli takich, jak Atlantis, czy Kempinski.

Pień palmy to szeroka aleja wzdłuż, której ustawiono rząd wysokich apartamentowców i hoteli. Wysokie budynki skutecznie zasłaniają widok, dlatego łatwo zapomnieć o tym, że ta szeroka aleja znajduje się kilometr od stałego lądu. Na gałęziach palmy znajdują się luksusowe wille, warte miliony dolarów rezydencje z własnymi plażami i marinami.  Na pniu, poniżej gałęzi znajdują się wysokie apartamentowce, takie jak Oceana. Zaletą ich położenia jest to, że leżą nad sztuczną zatoką powstałą pomiędzy dolną częścią palmy, pierwszą jej gałęzią, a stałym lądem. Z balkonów apartamentów, z tarasu restauracji oraz z spod parasoli ustawionych nad basenem i na plaży rozciąga się widok na błękitno-turkusowe wody zatoki, a w oddali mienią się w subtropikalnym słońcu zasnute lekką mgiełką drapacze chmur Dubai Mariny.

Dubai Marina Skyline ;)))) widok z Palmy

Dubai Marina widziana z „Palmy”

Dubai Marina to kolejna nowa dzielnica miasta. Jej projektanci postanowili, że – w odróżnieniu od twórców The World i The Palm Jumeira – nie będą tworzyć lądu na morzu, ale na stały ląd wpuszczą nieco morza. Tak powstała część Dubaju, której centrum jest kanał otoczony lasem wieżowców. Wokół kanału biegnie szeroka promenada, przy której rozłożyły się kawiarnie i restauracje. Jak sama nazwa wskazuje, Dubai Marina to także miejsce, gdzie cumują luksusowe jachty i łodzie motorowe, będące własnością mieszkańców dzielnicy.

Dubai Marina

Niejako lustrzanym odbiciem Dubai Mariny po drugiej stronie Sheik Zayed Road są Jumeirah Lake Towers – las wieżowców położony nad sztucznym kanałem. Po sąsiedzku leżą inne nowe, luksusowe i super nowoczesne osiedla, takie jak Emirates Hills.

Na końcu dubajskiego węża jest Jebel Ali – to tam powstaje nowa Palma, większa od tej
z Dżumajry, tam rośnie wielkie centrum logistyczno-transportowe Dubai World Central, którego centrum jest nowo otwarte, drugie w mieście lotnisko  Al-Maktoum International Airport.

Jeżeli, Drogi Turysto, znuży Cię ultranowoczesność, znudzi szkło i stal, rozboli szyja od patrzenia w górę na niebosiężne wieżowce, mam dla Ciebie dobrą wiadomość: Dubaj to także piękne parki –  m.in. Safa Park, czy Creek Park i piaszczyste plaże oraz rzeka.

Dubai Creek – dubajska rzeka pełna jest arabskich łodzi (tzw. dhow), co ciekawe – zupełnie nienowoczesnych. Rejs dhow’em jest niewątpliwie atrakcją. Położony nad Dubai Creek, tzw. Creek Park to jedno z ulubionych miejsc wypoczynku mieszkańców Dubaju. W centrum parku jest Children’s City – dubajski odpowiednik Centrum Nauki Kopernik.

Children's City

Children’s City w dubajskim Creek Parku

Zapytasz, Drogi Turysto, jak się poruszać po Dubaju? To dość proste – można odnieść wrażenie, że ¼ samochodów poruszających się po mieście samochodów jest beżowa – to taksówki. Wystarczy podnieść dłoń i na pewno któraś się zatrzyma. I tu „zaczynają się schody” – taksówkarze, w większości Hindusi i Pakistańczycy, nie zawsze znają angielski (w wersji zrozumiałej dla Europejczyka), a nawet jeśli nieobca im jest angielszczyzna spoza Subkontynentu Indyjskiego, może okazać się, że obce im jest… miasto i nie mają pojęcia, gdzie jechać. Kluczem do sukcesu jest „międzynarodowa współpraca” z taksówkarzem i adres miejsca do którego chcemy dotrzeć na papierze. Przyda się również mapa…

Jeżeli poruszasz się, Drogi Turysto, w okolicach niezbyt odległych od Sheikh Zayed Road (czyli po większej części Dubaju), polecam podróż metrem. Tutejsze metro jest w pełni automatyczne,  a tory biegną głównie po kilkudziesięciokilometrowej estakadzie, kilkanaście metrów nad ziemią.
W wagonach, jak i na stacjach, jest nieskazitelnie czysto i chłodno. Stacje przypominają złote kokony rozstawione co kilka kilometrów.

w dole - stacja metra "Burj Khalifa" i Sheik Zayed Road

stacja metra pod Burdż Chalifą

Emirat Dubaj, jak i pozostałe sześć Emiratów, to kraj muzułmański, wyjątkowo jednak, jak na tą część świata tolerancyjny wobec innowierców. Można odnieść wrażenie, że władze Emiratów wychodzą z założenia, że obywatele ZEA powinni przestrzegać praw zapisanych w Koranie, ale pozostali mieszkańcy mają prawo żyć po swojemu. Chrześcijanie, wyznawcy hinduizmu, czy buddyści mogą bez przeszkód chodzić do swoich kościołów i świątyń, praktykować swoją religię, byleby nie nawracali na swoją wiarę, ani głosili tez antyislamskich. Prawo Dubaju nie zna natomiast pobłażania dla narkotyków, spożycie alkoholu jest możliwe we własnym domu, czy pokoju hotelowym i w niektórych restauracjach, ale nie w miejscach publicznych. Karane jest także cudzołóstwo.

Dubaj – ten pocztówkowo-folderowy, sprzedawany jako produkt turystyczny europejskim turystom nie sprawia wrażenia miejsca, które zachwyci turystów, którzy oczekują czegoś więcej niż pięć, albo i siedem gwiazdek na fasadzie hotelu, obsługa hotelowa w wersji  all inclusive i wycieczki w celu obejrzenia „obligatoryjnych atrakcji turystycznych”.

Turystom nieco bardziej wymagającym nie odradzam Dubaju. Przeciwnie – polecam. Polecam alternatywny pomysł na Dubaj – bez all inclusive i zwiedzania miasta z hotelowym przewodnikiem z za okien autobusu. Dubaj to miejsce bezpieczne, dlatego warto wybrać się na przechadzkę po ulicach miasta, szczególnie Starego Centrum, Bastakiji, czy Al.-Barszy, podróżować taksówkami i metrem.

Warto pójść do jednego z parków i poczuć się dubajczykiem, co w wieloetnicznym Dubaju jest wyjątkowo łatwe, gdy na kocu obok trwa piknik rodziny Hindusów, rozmawiających w jednym z języków Indii, na ławeczce siedzi para anglojęzycznych Hindusów, a na placu zabaw nasze dziecko biega z małym Emirati (obywatelem Emiratów), angielskimi bliźniakami i 6-letnią Filipinką…

Safa Park – dubajski Central Park 😉

Dubaj to miejsce, gdzie codziennie jest taka sama pogoda (o czym więc w Dubaju rozmawiają Anglicy?). Dla nas Europejczyków, przyzwyczajonych do zmienności aury i pór roku, to tak, jakby Dubaj był gdzieś poza czasem lub na innej planecie – planecie Dubaj…