O wyspie Phú Quốc można powiedzieć, że leży dalej niż koniec Wietnamu. Gdyby mieszkaniec leżącej na północy stolicy – Hanoi, postanowił wybrać się na tę wyspę, musiałby przejechać cały swój wąski i podłużny kraj, aż do jego końca, czyli nad Zatokę Tajlandzką w pobliżu granicy w Kambodżą, ale tam nie dawać za wygraną, nie przejmować się, że to już koniec wietnamskiej części kontynentu azjatyckiego, lecz udać się statkiem lub promem dalej na zachód.
Tam czeka rajska wyspa.

Z Phu Quoc bliżej jest do Kambodży niż do Wietnamu. Wietnamską wyspę dzieli ledwie kilka kilometrów od kambodżańskiej wysepki Koh Seh i kilkanaście od wybrzeża Kambodży. Tymczasem ojczysty wietnamski brzeg jest minimum 30 km od wschodnich plaż wyspy. To położenie sprawia, że na niektórych mapach Phu Quoc ma tą samą barwę, co Kambodża, co sugeruje, że jest częścią tego kraju i nie podlega władzom w Hanoi. Tymczasem mimo niewielkiej odległości, okazuje się, że między wietnamską wyspą a kambodżańską częścią kontynentu azjatyckiego nie kursują statki pasażerskie, którymi turyści i tubylcy mogliby pokonać niewielką cieśninę dzielącą wietnamski Phu Quoc i kambodżańskie królestwo.
Dwaj azjatyccy sąsiedzi najwyraźniej się nie lubią… by dotrzeć z wyspy do Kambodży trzeba odbyć wielogodzinną podróż na stały, wietnamski ląd, udać się na lądowe przejście graniczne i stamtąd przejechać kilkadziesiąt kilometrów przez Kambodżę, dojechać na przeciwległy brzeg cieśniny, …by w końcu spojrzeć na Phu Quoc z kontynentu. Chłodne stosunki pomiędzy dwoma azjatyckimi sąsiadami przestają dziwić, kiedy poznajemy współczesną historię największej wietnamskiej wyspy – otóż jeszcze 40 lat temu wyspa była okupowana przez komunistyczną wówczas Kambodżę, a i wcześniej często była kością niezgody pomiędzy Wietnamem i Kambodzą. Ale dość o historii…
Phu Quoc leży w Zatoce Tajlandzkiej, a więc tej samej, co tajska wyspa Ko Samui i kurort Pattaya. Wietnamska „Żyzna Wyspa” (to ponoć oznaczają słowa „phú quốc„) ma kształt wydłużonego, odwróconego ku południu trójkąta – z północy na południe ma nie więcej niż 50 km, a ze wschodu na zachód max. 25 km. Nie jest to więc mała wysepka, ale też żaden z niej oceaniczny gigant. Jej rozmiary sprawiają, że wyspę łatwo zwiedzić nie pomijając głównych atrakcji, a i czasu na odpoczynek pozostanie sporo.
Wyspa jest oddalona o niecałą godzinę lotu od Sajgonu (Ho Chi Minh City), połączenia obsługiwane są przez tanie linie lotnicze z Południowo-Wschodniej Azji, a także przez narodowego przewoźnika – Vietnam Airlines. Z usług tego ostatniego przewoźnika mieliśmy przyjemność skorzystać.

Ku naszemu zaskoczeniu linia Sajgon – Phu Quoc jest obsługiwana przez duże (jak na tak krótką trasę) samoloty – Airbusy A321. Widać, że Wietnamczycy, w szczególności ci z pobliskiej metropolii sajgońskiej, chętnie odwiedzają swoją tropikalną wyspę. Kształt wyspy sprawia, że lądując na Phu Quoc odnieść można wrażenie, iż pas startowy zaczyna się niedaleko plaż na jednym brzegu, a kończy się w pobliżu drugiego brzegu. Terminal jest duży, nowy i… dość pusty. Widać, że wyspa dopiero staje się popularnym celem turystów.
Sporą część Phu Quoc zajmuje dżungla, w większości objęta ochroną w ramach parku narodowego. Pozostała część wyspy jest dość gęsto zaludniona (ludność wyspy to ponad 100.000 mieszkańców).

Wyspa jest dystryktem (odpowiednik naszego powiatu), w ramach prowincji Kiên Giang (pozostała część prowincji leży na stałym lądzie). Stolicą dystryktu jest niewielkie miasto Dương Đông (ok. 20.000 mieszkańców), położone na zachodnim brzegu wyspy. Właśnie niemal za rogatkami Duong Dong w hotelu Richis zamieszkaliśmy w trakcie pobytu na wyspie.

Richis Beach Resort – w kolonialnym stylu….
Mały ruch uliczny sprawia, że popularny na wyspie jest wynajem skuterów. Turyści mogą bezpiecznie wybierać się na przejażdżki bez obaw, że utkną w środku motocyklowego chaosu typowego dla wielu dalekowschodnich miast.
Phu Quoc to spokojne miejsce. Wyspa nie została jeszcze opanowana przez tabuny turystów. Poza stolicą wyspy większość domostw to niewielkie jednoizbowe ceglane chatki, bez frontowych ścian. W tym klimacie ściany nie są potrzebne… Wietnamczycy odpoczywają od upałów pod dachami tych mieszkalnych wiat, najczęściej na rozwieszonych pomiędzy metalowymi filarami hamakach.
Najpiękniejszym miejscem w mieście jest skalisty cypel u ujścia zatoki portowej, zwieńczony biało-niebieską latarnią morską. Po między skałami, u stóp latarni kryje się niewielka, piękna świątynia Dihn Cau.






Poza miastem, na zboczach wzgórz, wśród soczystej zieleni i niewielkich domów kryje się inna świątynia – Hong Long wraz pagodą Su Muon.



Świątynia jest niesamowicie kolorowa, a wiernych i turystów wita uśmiechnięty, kolorowy Szczęśliwy Budda. Świątynia mieści się w ogrodzie tonącym w soczystej zieleni tropikalnych roślin. Tu i ówdzie stoją bajecznie kolorowe postaci świętych i wcieleń Buddy, sama świątynia również mieni się feerią barw, może mniej krzykliwych niż te, które ogrodowe posągi, lecz za to uzupełnione kolorami drewna i złoceniami.
Phu Quoc to raj dla miłośników „plażingu” – drobny żółty, a miejscami niemalże biały piasek, plaże niezbyt szerokie, ale też niezatłoczone, a w wielu miejscach po prostu puste. Do tego czyste, ciepłe, choć czasami wzburzone morze (szczególnie od strony zachodniej).

Wśród plaż wietnamskiej wyspy za najpiękniejszą uznaje się plażę Sao (Sao Beach, po wietnamsku Bai Sao) na południowo-wschodnim krańcu Phu Quoc.
Z jednej strony to miejsce położone na uboczu – by dojechać na plażę, nasz hotelowy bus przedzierał się przez kilka kilometrów gruntową drogą (a grunt miał barwę niemal pomarańczową), wśród wiejskich domostw tubylców. Z drugiej – jako jedna z atrakcji wyspy – plaża bywa zatłoczona, szczególnie wieczorami, gdy staje się bazą wypadową dla organizowanych dla turystów polowań na kałamarnice.
Uroku plaży dodaje – poza drobniutkim, niemalże białym piaskiem – jej położenie: w zatoczce, w miejscu dość spokojnym, nieopanowanym przez „wielką turystykę”. Tu bieli piasku towarzyszy błękit nieba, lazur morza i wypływając zewsząd zieleń tropikalnej roślinności. O ile centralna część plaży opanowana została przez restaurację i punkty wynajmu sprzętu pływającego to z boku na plażę niemalże wlewa się zieleń dżungli. W oddali widać stateczki, które wieczorem służą turystom jako kutry w czasie polowań na kałamarnice.



Sao Beach – przed polowaniem na kałamarnice
Zupełnie odmienny charakter ma inna atrakcja turystyczna wyspy Phu Quoc – Vinpearlland. To wielki kompleks rozrywkowy składający się z parku rozrywki, aquaparku na wolnym powietrzu oraz parki safari.
O ile park rozrywki nie zachwyca, to park wodny zapewnia sporo radości i ochłodę od tropikalnego żaru. Jednak prawdziwą atrakcją jest Vinpearl Safari.

lwica w Vinpearl Safari
Park Safari składa się z 2 części. Jedną zwiedza się kilkunastoosobowymi wózkami elektrycznymi. To część, którą zamieszkują łagodne zwierzęta, które stanowią zagrożenia dla ludzi. To jakby ZOO, które zwiedza się meleksem w wersji van. Druga część parku przypomina Jurassic Park. Wjeżdża się do niej żółtymi autobusami miejskimi ze specjalnie zabezpieczonymi drzwiami. Od reszty parku oddziela ją wysoki na kilkanaście metrów płot. Płot jest podwójny, a by dostać się do środka autobus przejeżdża przez dwie wielkie bramy, wypisz – wymaluj jak te z hollywoodzkiego hitu o dinozaurach.
Powód tych wszystkich zabezpieczeń jest prosty – w tej części parku mieszkają drapieżniki i inne zwierzęta, które mogłyby być dla przedstawicieli gatunku homo sapiens zagrożeniem.
Jadąc autobusem wśród tych zwierzaków, można odnieść wrażenie, że to my ludzie jesteśmy w klatce…
Przez środkową część wyspy przepływa strumień Trahn (ang. Trahn Stream). Ten niewielki ciek wodny spływa z gór w kierunku niewielkiej doliny, a po drodze przebija się między wielkimi, ciemnymi głazami tworząc niewielkie wodospady.
Nad strumieniem powstał park. Zdaje się, że to popularne miejsce odpoczynku tutejszych mieszkańców i wietnamskich turystów – po parku spaceruje wielu ludzi, ale niemal wszyscy mają dalekowschodnie rysy. Wiele rodzin rozkłada koce na wielkich głazach pomiędzy, którymi przebija się wieloma strużkami strumień Tranh. Jest tu niewielki bar, wiele ławeczek. Charakterystyczne dla tego miejsca są kolorowe rzeźby postaci i zwierząt. Jest m.in. „scenka rodzajowa” przedstawiająca kobiety nad strumieniem, jest jeździec (wojownik?) na koniu, stado pangolinów na wielkim głazie i tygrys (jak żywy!).



Phu Quoc to rajska wyspa. Niestety nawet ziemskie raje dotykają ziemskie problemy i tragedie. Symbolem tragicznych wydarzeń w historii wyspy jest Więzienie Drzewa Kokosowego (The Coconut Tree Prison). Więzienie założyła francuska administracja kolonialna. Po upadku francuskich Indochin i odzyskaniu przez Wietnamczyków niepodległości zostało ono przejęte przez rząd Wietnamu Południowego. W czasie wojny wietnamskiej Coconut Tree Prison zostało rozbudowane przez amerykańską armię, ale nigdy nie zostało przejęte przez USA, lecz pozostało pod zarządem rządu w Sajgonie, Coconut Tree Prisonjest de facto obozem koncentracyjnym. Osadzeni w nim więźniowie mieszkali w barakach, a teren otaczały płoty z drutu kolczastego.
Jako, że tak w czasach kolonialnych, jak i w czasach istnienia niekomunistycznego Wietnamu Południowego oraz podczas wojny wietnamskiej, większość więźniów stanowili najwięksi przeciwnicy obu reżimów, czyli komuniści, władze komunistyczne zadbały, by odbudować Coconut Tree Prison i przedstawić w jakich warunkach żyli i jak byli traktowani osadzeni tu ludzie. Stąd w wiele tu manekinów przedstawiających postaci więźniów i strażników. Dzięki temu zwiedzający mogą zobaczyć jak przetrzymywano i torturowano więźniów


Więźniowie
Dość nietypową atrakcją dla turystów jest psia farma Phu Quoc Dog Racing and Farm, na której organizowane są psie biegi. Farma znajduje się na skraju dżungli. Tutejsi przewodnicy oprowadzają turystów po lesie, w którym tu i owdzie znaleźć można zagrody dla psów. Mieszkańcami leśnej farmy są psy tutejszej rasy Phu Quoc ridgeback (zwane tutaj Phu Quoc dogs).
Głównym punktem wycieczki po farmie są zawody psów. Psy biegają po niewielkim terenie (mniejszym niż boisko szkolne), gdzie ustawiono labirynt płotów. Same pieski sprawiają wrażenie zadbanych i nie drażni ich ciągła obecność obcych ludzi.
Do wyspy Phu Quoc nie dotarła jeszcze turystyka na masową skalę. Dlatego mieszkańcy dla mieszkańców wyspy równie ważne (jeśli nie ważniejsze) póki co są inne gałęzie gospodarki.
Najważniejszym skarbem dla tubylców jest oczywiście morze. Bogactwo tutejszych wód można ujrzeć na targach w wioskach rybackich. Stoiska tam pełne są różnokolorowych stworzeń morskich – od ryb, po rozgwiazdy i ozdoby z koralowców. Feerię barw na targowiskach, dodatkowo wzbogacają setki odmian owoców tropikalnych oraz przyprawy.


Wyspa, jak i kontynentalna część Wietnamu, to producent podstawowego składnika wielu wietnamskich dań – sosu rybnego.
W morze rodzą się także najpiękniejsze produktów wyspy – perły. Turyści mogą zwiedzić perłowe manufaktury, a także kupić perłową biżuterię. Ceny niektórych wyrobów z pereł sięgają miliardów… na szczęście nie dolarów, euro, ani złotych, lecz dongów wietnamskich. Choć cena miliarda stu dwudziestu pięciu milionów dongów za naszyjnik pereł przeliczona na złotówki też jest znaczna – 1,125 mld VND to ok. 160.000 zł.


perły za miliard dongów 🙂
Na lądzie natomiast pełno jest plantacji pieprzu. Wietnam jest bowiem pieprzowym gigantem na skalę światową, a Phu Quoc zajmuje wysoką pozycję w rankingach TOP10 największych producentów pieprzu w Wietnamie.
Na plantacjach pieprzu stoją stragany, a na nich produkty danej plantatora – aż trudno uwierzyć, że istnieje tyle odmian tej przyprawy.
Można powiedzieć, że wyspa Phu Quoc jest „tam, gdzie pieprz rośnie”. Dosłownie. :))))

„tam, gdzie pieprz rośnie…” 😉
Czekamy na następne reportaże z podróży !