Nowy Jork – wyjątkowa metropolia

Zobaczyć Nowy Jork – to zawsze było marzenie moje i mojego 16-letnego syna.

Któż nie chciałby zobaczyć tych wszystkich miejsc, które „grają” w niezliczonych filmach i serialach, poczuć atmosfery tego, według jednych strasznego, według innych pięknego miejsca.

Z uwagi na zajęcia szkolne mojego syna lista możliwych terminów wyjazdu była ograniczona, do tego założyłem, że najprzyjemniej jest zwiedzać amerykańską metropolię w miesiącach cieplejszych, czyli od kwietnia do października. Ostatecznie padło na ubiegłoroczną Majówkę.

Okazało się, że był to bardzo dobry wybór, bo co prawda na przełomie kwietnia i maja pogoda w Nowym Jorku jest zmienna, a poranki bywają chłodne, jednak położenie na szerokościach geograficznych Hiszpanii, czy środkowych Włoch sprawia, że „śródziemnomorskie” słońce szybko rozgrzewa nowojorskie powietrze. Dzięki temu większość dni była słoneczna, a mimo około 10 stopni Celsjusza rano, wczesnym popołudniem nierzadko temperatura sięgała 28-30 stopni.

Kiedy już termin podróży był zaplanowany, pozostały dwie najważniejsze kwestie – loty i noclegi.

Dość szybko okazało się, że loty z polskich lotnisk do najtańszych nie należą, pozostało więc poszukiwanie połączeń z nieodległych lotnisk zagranicznych. Okazało się, że najkorzystniejsze cenowo loty dostępne są z lotniska Berlin-Brandenburg (czyli nowego berlińskiego portu lotniczego).

Najkorzystniejszą ofertę lotu na trasie Berlin – Nowy Jork – Berlin w pasujących mi terminach znalazłem na stronie United Airines. Był to lot z przesiadkami, ale to akurat nie stanowiło problemu, ani dla mnie, ani dla mojego syna. I tak ostatecznie zarezerwowałem lot do Nowego Jorku z przesiadkami we Frankfurcie i Montrealu, a w drodze powrotnej z przesiadką w Brukseli.

Loty tylko formalnie obsługiwały linie United. De facto lecieliśmy 5 liniami lotniczymi (wszystkie należą do tego samego aliansu lotniczego, dlatego możliwy był zakup wszystkich pięciu biletów przez United Airlines) – lot Berlin-Frankfurt spędziliśmy na pokładzie samolotu z logo Lufthansy, do Montrealu lecieliśmy Air Canada, a dalej do Nowego Jorku liniami Air Canada Jazz. W drodze powrotnej przez ocean przewiózł nas United Airlines, a z Brukseli do Berlina lecieliśmy liniami Brussels.

Lot via Kanada okazał się ciekawym doświadczeniem, gdyż – wbrew opowieściom o długim oczekiwaniu w kolejkach do urzędników imigracyjnych po przylocie do Stanów Zjednoczonych, dzięki lotowi przez Kraj Klonowego Liścia, odprawa paszportowo-imigracyjna okazała się szybka i – ku mojemu zaskoczeniu – została przeprowadzona w całości już w Kanadzie. Tymczasem na lotnisku Newark z samolotu wyszliśmy wprost do terminalu (bez kolejnej odprawy).

Lądowanie w Kanadzie – mimo, że nie wchodziliśmy formalnie na terytorium Kanady – wiązało się z wypełnieniem online tzw. druku ETA (odpowiednik amerykańskiego ESTA) i uiszczenie opłaty w wysokości 7 dolarów kanadyjskich. Jednakże zezwolenie na wjazd do Kanady na podstawie zaakceptowanego ETA obowiązuje 5 lat, a więc zawsze jest możliwość jego wykorzystania.

Co do pobytu w Nowym Jorku – samo miasto jest drogie, tak noclegi jak i wyżywienie.

Niewiele tańsze są hotele, mieszkania, apartamenty, czy hostele po drugiej stronie rzeki Hudson,
w New Jersey i w leżących poza granicami miasta hrabstwach na wyspie Long Island.

Taniej jest w miejscach bardziej oddalonych do Manhattanu, jednakże w przypadku hoteli położonych w New Jersey lub na Long Island 30-50 km od serca metropolii, pojawiał się problem z dojazdem na Manhattan. Do tego często były to miejsca na obrzeżach miast, przy autostradach – generalnie: nieciekawe, z trudnym dojazdem dla niezmotoryzowanych turystów i oddalone od sklepów, czy restauracji, których bliskość była ważna dla nas, gdyż strawę zapewnialiśmy sobie sami.

I tu z pomocą przyszła jedna z wyszukiwarek noclegów, która znalazła nam wyjątkowo tanią propozycję – pokój w domu  w miasteczku Mount Vernon, sąsiadującym od północy z Nowym Jorkiem.

Znalezienie noclegu w domu w Mt. Vernon było jak szczęśliwych traf, bo łączył on kilka zalet: dom leżał około 500 metrów stacji kolejki Metro North, którą w 25 minut można było dojechać na dworzec Grand Cental leżący w sercu Manhattanu, do tego samo miasto okazało się ciekawym miejscem – przypominało miasta europejskie: w centrum było kilka dyskontów (nie wielkich WalMartów, lecz sklepów typu Lidl, czy Biedronka), a także mniejszych sklepików i restauracji. Wzdłuż ulic Mt. Veron przeważają stare, na oko stuletnie, budynki, stąd miasto odległe jest od wyobrażeń o nieciekawych amerykańskich miejscowościach, z wymarłym centrum, otoczonych wianuszkiem przedmieść, gdzie nie ma nic, poza setkami domów jednorodzinnych.

Mount Vernon ma swoją atmosferę – większość mieszkańców stanowią Afroamerykanie i mówiący śpiewną portugalszczyzną Portugalczycy i Brazylijczycy.

Mount Vernon
Mount Vernon East – stacja kolejki MetroNorth

Plan na zwiedzanie Nowego Jorku przygotowywałem klika tygodni, a w planowaniu pomogła mi… sieć metra w Nowym Jorku.

Metro nowojorskie – wbrew negatywnym opiniom – wcale nie jest brudne i śmierdzące. Jest takie jak większość tego typu kolejek w innych miastach: bywa zatłoczone, jest wielobarwne, bywa duszne, miejscami jest zaniedbane, ale jest też doskonale zorganizowane, szybko można opanować system oznaczeń, stacji jest tak dużo, że prawie wszędzie można dotrzeć metrem. Metro wraz z  pozostałymi liniami kolejowymi sieci MTA (Metropolitan Transportation Authority), tj. MetroNorth i Long Island Rail Road (LIRR) jest prawdziwym krwioobiegiem metropolii.

Planując wyjazd założyłem, że nasza wyprawa nie będzie bieganiną w celu zaliczenia kolejnych atrakcji, że będziemy zwiedzać miasto tak, by poczuć jego rytm, zajrzeć w zaułki.  To dlatego nie udało nam się zobaczyć wszystkiego, co planowaliśmy. Z tego też powodu wracaliśmy kilkukrotnie do Central Parku – tam życie metropolii zwalnia, nowojorczycy i turyści odpoczywają na kocach rozłożonych na wielkich trawnikach lub siadają na ławkach parkowych i chłoną magię tego miejsca. Ludzie wszystkich ras, wielojęzyczny i multietniczny tłum zajada hot-dogi, gra w frisbee, czyta książki, słucha muzyki.

Central Park

Nowy Jork nie jest już miastem z filmów kryminalnych sprzed 30 lat, gdzie gangsterzy załatwiali swoje porachunki w śmierdzących rybami magazynach nad rzeką Hudson. Dziś te miejsca, takie jak Meatpacking District, czy Tribeca, stały się urokliwymi zaułkami wypełnionymi budynkami z czerwonej cegły, pełnymi kafejek i barów.

Pełne monumentalnych wieżowców Midtown, czyli część Manhattanu na południe od Central Parku, a na północ od 14 Ulicy, sprawia niesamowite wrażenie. To tu znajduje się większość budynków, które od dziesięcioleci pojawiają się w filmach – Chrysler Building, Rockefeller Center, Carnegie Hall, dworzec Grand Central Terminal, czy niekoronowany król Manhattanu – Empire State Building.

Dworzec Grand Central Terminal

Jednakże moim zdaniem duszę Nowego Jorku czuć gdzieindziej: na Upper West Side – pośród jej ceglanej zabudowy, na jej ulicach pełnych domów z charakterystycznymi kamiennymi schodami, na pełnym sklepów Soho, gdzie kamienice zaopatrzono w znane z filmów schody przeciwpożarowe, a na rogach ulic mieszkańcy i turyści siedzą w kawiarnianych ogródkach, na kolorowej Tribece, w Greenwich Village, czy Chelsea, gdzie stare magazyny zmieniono w pasaże pełne lokalnych knajpek i sklepików z pamiątkami.

Jedna z ulic na Upper West Side

Tribeca to dawna dzielnica handlowo-magazynowa, która stała się mekką artystów. Dzielnicę rozsławił m.in. Robert DeNiro, który organizuje tam festiwal filmowy (Tribeca Film Festival). Aktor założył tam także studio filmowe TriBeCa Productions.

Tribeca

Poruszanie się po Manhattanie ułatwia nazewnictwo ulic, a właściwie ich numeracja. Wiadomo bowiem, że równoleżnikowo biegną ulice, których numeracja rośnie ze wschodu na zachód, natomiast „wzdłuż” wyspy biegną południkowo aleje – te o najniższych numerach są na południowym cyplu Manhattanu, a te o najwyższych – na północnym jego krańcu.

Niektóre nazwy dzielnic Nowego Jorku są skrótowcami, w których zaszyfrowano informację o położeniu dzielnicy. Na przykład Tribeca to skrót od słów Triangle Below Canal Street, co oznacza „trójkąt (ulic) poniżej Canal Street”, także nazwa SoHo jest skrótem – ukryto w niej „dane lokalizacyjne” dzielnicy: South of Houston Street (na południe od Houston Street). Podobnie jest z nazwą Dumbo (o czym w dalszej części tekstu).

Swoją drogą określenie „dzielnica”, której używam opisując takie miejsca jak Tribeca, czy Upper West Side, właściwie powinno brzmieć „sąsiedztwo”. Nowojorczycy bowiem dla takich mniejszych, często tradycyjnych, a nie administracyjnych, jednostek używają określenia „neighborhood”, które można przetłumaczyć właśnie jako sąsiedztwo. Tymczasem Manhattan i pozostałe cztery nowojorskie „wielkie dzielnice” – Queens, Bronx, Brooklyn i Staten Island to tzw. „boroughs” (czyli dzielnice, czy gminy, będące zarazem hrabstwami stanu Nowy Jork). Samo słowo trudno przetłumaczyć, gdyż w różnych krajach anglojęzycznych może być nazwą określającą różne jednostki samorządu terytorialnego – gminę, miasto, czy dzielnicę.

Soho na Manhattanie

No właśnie… Nowy Jork to nie tylko Manhattan.

Mnie uwiódła swym nieodpartym urokiem część Brooklynu leżąca na południe od Mostu Brooklińskiego – tzw. Brooklyn Heights. Ta spokojna, pełna ceglanych, niewysokich budynków część Nowego Jorku jest na wskroś małomiasteczkowa, mimo, że w pobliżu znajduje się centralna część Brooklynu, zawsze zatłoczone mosty Brookliński i Manhattan Bridge, a w oddali widać manhattański Downtown, pełen wysokościowców.

Brooklyn Heights
Brooklyn Heights – dom, w którym mieszkał Truman Capote

Stąd – z kładki w Parku Squibb – roztacza się jeden z najlepszych widoków na Dolny Manhattan, w tym na budynek One World Trade Center, i na Brooklyn Bridge. To tu na spokojnych uliczkach, można poczuć się jak na planie filmu – pośród pięknych, ale skromnych budynków, małych kafejek i niewielkich sklepików, czy piekarni.

Kładka Squibb Parl Bridge na Brooklynie, z której rozciąga się piękny widok na Dolny Manhattan, w tym na wieżę One World Trade Center

Całkiem inaczej jest na pobliskim Dumbo.

Historczny Dystrykt DUMBO – ulica York

To bardzo popularne wśród turystów miejsce, zawdzięcza swą sławę ikonicznemu widokowi na Manhattan Bridge spomiędzy budynków na Washington Street. Miejsce to często pojawia się w filmach, a najbardziej znane jest z plakatu będącego reklamą filmu „Dawno temu w Ameryce”. 

DUMBO – Washington Street i ikoniczny widok na most Manhattan Bridge

Okolica, która kiedyś była typowo przemysłową częścią Brooklynu, dziś jest jednym z ulubionych punktów tak wśród turystów, jak i wśród nowojorczyków – okoliczne budynki stały się apartamentowcami i hotelikami, sporo tu knajpek, a nabrzeże nad East River zapewnia doskonałe widoki na Manhattan, w tym „ten” widok, który tak często pojawia się w relacjach z Nowego Jorku, w scenach filmowych, a nawet na fototapetach: Brooklyn Bridge, Manhattan Bridge, a między nimi Manhattan z błyszczącą wieżą One World, w miejscu dwóch wież WTC. Dumbo to nie tylko dwa mosty i piękny widok, ale i park na nabrzeżu, który ciągnie się na południe, aż po Most Brookliński i dalej do Brooklyn Heights i wspomnianej wcześniej kładki Squibb Park Bridge.

Nazwa tej okolicy jest często zapisywana dużymi literami, gdyż stanowi ona akronim Down Under the Manhattan Bridge Overpass, co wskazuje na położenie tej części Brooklynu poniżej mostu Manhattan Bridge.

Zatłoczony Nowy Jork można zobaczyć na Piątej Alei, Lexington Avenue, w okolicach 42 Ulicy, a także w trakcie przejażdżki kolejką linową na Wyspę Roosevelta leżącą na East River. Kolejkę zbudowano równolegle do Mostu Queensboro, do którego prowadzi kilka ulic po jego manhattańskiej stronie, a ulice te, podobnie jak sam most, są ciągle zakorkowane.

Most Queensboro – zawsze zatłoczona przeprawa z Manhattanu na Queens przez Wyspę Roosevelta

Inną perspektywę miasta, a właściwie sporej części aglomeracji nowojorskiej, zobaczyliśmy z darmowego promu na Staten Island. Ta, położona po drugiej stronie Zatoki Nowojorskiej, dzielnica połączona jest ze stałym lądem mostami, jednakże mosty te to przeprawy do New Jersey oraz na Brooklyn (słynny most Verrazano-Narrows). Natomiast odległość do Manhattanu położonego po na przeciwległym krańcu zatoki sprawiła, że z tą dzielnicą Staten Island skomunikowano wyłącznie za pomocą transportu wodnego.

Dolny Manhattan – terminal promowy (przystanek początkowy darmowej przeprawy na Staten Island)
Charakterystyczny pomarańczowy prom – jeden z flotylli promów pływających pomiędzy Manhattanem i Staten Island

Zatoka Nowojorska, a właściwie jej „górna cześć” (tzw. Upper New York Bay) to duży akwen wodny, otoczony z trzech stron przez miasto Nowy Jork – od wschodu Brooklyn,  od północy Manhattan, a od południa Staten Island. Wschodni brzeg zatoki to także aglomeracja nowojorska, ale już nie miasto Nowy Jork, ani nawet stan Nowy Jork – te tereny leżą już w stanie New Jersey.

Z pomarańczowych statków linii Staten Island odpływających z Staten Island Ferry Terminal na południowym krańcu Manhattanu, widać doskonale wysokościowce manhattańskiego Downtown, ale także: Most Brookliński, a za nim Manhattan Bridge, nabrzeża Brooklynu, w tym rude, ceglane kamienice Brooklyn Heigts, a także wieżowce Brooklyn Downtown, czyli powstającej po drugiej stronie East River alternatywie dla Manhattanu. Kiedy po zachodniej stronie zatoki coraz lepiej widać Statuę Wolności, na wschodzie powoli przesuwa się dawniej należąca do amerykańskiej armii wyspa Governors Island – dziś miejsce wypoczynku nowojorczyków. W miarę zbliżania się do Staten Island można uzmysłowić sobie wielkość tej wyspy. Ta, czasem nieco zapomniana, dzielnica Nowego Jorku, niefunkcjonująca w powszechnej świadomości jako część miasta tak mocno jak Manhattan, Bronx, Queens i Brooklyn, jest najbardziej małomiasteczkowa i najmniej zaludniona, ale jest znacznie większa niż Manhattan, czy Bronx (powierzchniowo ustępuje wyłącznie Brooklynowi i Queens).

Z promu widać także wielki Most Verrazzano-Narrows łączący Staten Island z Brooklynem. Na Staten Island warto popłynąć choć na chwilę, żeby zobaczyć ten nieco inny Nowy Jork, a także zobaczyć Manhattan i Brooklyn z bardziej odległej, ale również zachwycającej perespektywy.

Staten Island – w oddali Manhattan

Nowy Jork cały czas się zmienia. Powstają nowe budynki, dawne portowe nabrzeża przekształcane są w parki, stare wieżowce zastępowane są przez nowe, kolejne kwartały ulic pięknieją.

Jednym z nowych miejsc Manhattanu jest okolica zwana Hudson Yards – jak sama nazwa wskazuje znajduje się ona w miejscu dawnych doków nad rzeką Hudson. W ich miejscu powstały nowe drapacze chmur i inne nowoczesne budynki, z których najciekawsze są: wieżowiec Edge – jeden z najwyższych budynków Nowego Jorku, którego główną atrakcją jest wielki, trójkątny, wystający poza fasadę wysokościowca taras, z którego rozciąga się niesamowity widok na całe miasto oraz sąsiednie miasta po drugiej stronie rzeki Hudson.

Wieżowiec Edge w kompleksie Hudson Yards

Innym ciekawym budynkiem (?) jest Vessel, czyli wielki kosz, którego ściany są ciągiem przeplatanych kładek – niestety, w czasie naszego pobytu w Nowym Jorku zamknięty, gdyż kładki stały się popularnym miejscem wśród… samobójców (w związku z tym zdecydowano o montażu dodatkowych zabezpieczeń).

Vessel na Hudson Yards

Nieopodal Hudson Yards jest inna atrakcja Nowego Jorku – deptak High Line.

High Line jest nietypowym deptakiem – powstał kilkanaście metrów nad poziomem ulic na dawnej estakadzie kolejowej. Dzięki temu spacerując po High Line mamy możliwość spojrzenia na miasto z innej perspektywy –  znad ulic i z zapleczy budynków. High Line co chwilę się zmienia, bo twórcy deptaku miejscami wysiali na nim trawę, gdzieindziej zasadzili kwiaty lub niewielkie drzewka. Estakada jest też galerią sztuki pod gołym niebem – można się tu natknąć na rzeźby, a ściany budynków zdobią wielkie murale. Są miejsca, gdzie idziemy po szerokiej promenadzie, ale bywa też, że High Line staje się wąskim chodnikiem pośród krzewów.  To tu, to tam pozostawiono szyny – pozostałość po linii kolejowej West Side Line, zadbano także o punkty widokowe umieszczone w osiach ulic, co powoduje, że spacerowicze czują się jakby spoglądali na Nowy Jork okiem kamery umieszczonej nad sunącymi pojazdami.

High Line ma ponad 2,3 km długości, ale estakadę można opuścić w wielu miejscach – co kilkadziesiąt metrów bowiem znajdują się schody prowadzące na poziom ulicy.

Jedno z zejść z High Line mieści się w dzielnicy Chelsea, gdzie w budynkach dawniej należących do kompleksu fabrycznego National Biscuit Company powstał Chelsea Market, czyli targ pod dachem pełny sklepików z pamiątkami (częściej rękodzieło niż „chińszczyzna”), kafejek i knajpek, gdzie można zjeść nowojorskich specjałów.

Chelsea Market

Chelsea graniczy z Meatpacking District – kolejną okolicą, która w XXI wieku zmieniła oblicze. Sama nazwa mówi nam, czym był kiedyś Meatpacking District – lata temu mieściły się tu magazyny, w których pakowano mięso. Dziś to modna dzielnica handlowa, pełna kawiarń i restauracji umieszczonych nierzadko w dawnych halach magazynowych przy brukowanych ulicach.

Manhattan kojarzy się z wieżowcami. Kilka z nich pozwala nam spojrzeć na miasto z góry.

Główne punkty widokowe mieszczą się na najwyższych piętrach Empire State Building, One World Trade Center, Rockefeller Center (tzw. Top of the Rock), Edge oraz One Vanderbildt. Większość z nich jest warta odwiedzenia, bo daje możliwość spojrzenia na miasto z różnych perspektyw.

Chrysler Building – widok z Empire State Building
Empire State Building, Midtown

I tak: Empire State Building warto odwiedzić, bo… to budynek-legenda, wadą Empire State jest to, że nie widać z niego… Empire State, za to doskonale widać m.in. nieodległy budynek Chryslera, wieżowce w Hudson Yards i częściowo Central Park. Z Top of the Rock najlepiej widać Central Park i Empire State Building, Edge ma natomiast dwie zalety – zewnętrzny taras zapewniający zapierający dech w piersiach widok niemalże wkoło, doskonale także widać Empire State Building. One World Trade Center leży niemalże na południowym cyplu Manhattanu, dlatego widok z najwyższego budynku USA jest zupełnie inny niż z pozostałych czterech wieżowców: stąd nie widać dokładne Midtown, za to z One World Observatory doskonale widać Brooklyn, mosty Brookliński i Manhattan Bridge, spory kawałek New Jersey, cały Brooklyn, a także całą Górną Zatokę Nowojorską wraz ze Statuą Wolności, Staten Island i zamykającym zatokę Mostem Verrazzano-Narrows.

Widok z One World Observatory (wieżowiec One World Trade Center) na Zatokę Nowojorską

Manhattan – poza drapaczami chmur dzięki którym można zobaczyć Nowy Jork i spory skrawek New Jersey niemalże z lotu ptaka i to z wielu perspektyw, ma też inne skarby. Skarbem metropolii jest jej różnorodność – wbrew powszechnemu przeświadczeniu, że Nowy Jork, a w szczególności  Manhattan, to las wieżowców, to miasto pełne parków, urokliwych kamienic, ciekawych zaułków, budynków, pięknych nabrzeży. To także miasto wielobarwnego, multietnicznego tłumu, gdzie ludzie różnych ras i różnego pochodzenia normalnie rozmawiają ze sobą w kolejce wiozącej ich z miast w New Jersey na Manhattan, gdzie pasażerowie o różnym statusie społecznym tą samą kolejką podmiejską dojeżdżają do domów na Bronxie, w Mount Vernon, Stamford, czy leżącym już w Connecticut mieście New Haven.

Na Manhattanie, czy na Brooklynie mamy małe Włochy, obok małych Chin w Chinatown, koreańskie knajpki sąsiadują z arabskimi, japońskie sushi bary z prowadzoną przez Meksykanów włoską pizzerią, a polski Greenpoint wraz z żydowskim Williamsburgiem powoli stają się najmodniejszymi częściami Brooklynu.

Wśród skarbów Nowego Jorku są też muzea.

Niestety Muzeum Guggenheima w czasie naszego pobytu było częściowo zamknięte. Udało nam się natomiast zobaczyć Muzem Historii Naturalnej, MoMA (Muzeum Sztuki Nowoczesnej) oraz MET, czyli Metropolitan Museum.

Pierwsze z muzeów – znane między innymi z filmu „Noc w muzeum”, to wielki zbiór eksponatów dotyczących fauny i flory Stanów Zjednoczonych i świata, wspaniałe, przyjazne zwiedzającym i nieco magiczne miejsce.

Muzeum Historii Naturalnej

MoMA jest już z „zupełnie innej bajki” – to muzeum sztuki nowoczesnej, tutejsze wystawy bywają więc nietypowe, co nie oznacza, że nie są zachwycające.

Dzieło Andy’ego Warhola w MOMA

MET to natomiast leżący przy Piątej Alei, na skraju Central Parku, wielki gmach, znany między innymi z tzw. MET Gali, a także z niezliczonych filmów, gdyż filmowcy najwyraźniej lubią kręcić sceny filmowe w tych pięknych i przestronnych przestrzeniach.

Słynne schody w MET znane z wielu filmów oraz m.in. z MET Gali

Wszystkie te muzea wiele zawdzięczają sponsorom, czego wyrazem są wszechobecne tabliczki
z informacjami, kto ufundował daną część wystawy, przekazał zbiory, albo czyjego imienia jest dana sala, galeria, czy skrzydło.

Większość z miejsc, które widzieliśmy w Nowym Jorku – tak muzea, jak i wysokościowce, nabrzeża, mosty, czy parki, a także stacje metra, wagony kolejki podmiejskiej – sprawiała wrażenie znajomych, odwiedzanych nie pierwszy raz. To dzięki filmom i serialom – Nowy Jork, a w szczególności Manhattan, tak często pojawia się na wielkim i szklanym ekranie, że nie sposób oprzeć się wrażeniu, że pierwszy raz w NYC, to powrót do znanych miejsc.

Opuszczaliśmy Nowy Jork z przekonaniem, że jeszcze tam wrócimy, tym bardziej, że miasto jest doskonałą bazą wypadową do zwiedzania innych wielkich miast wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych, a także reszty USA. Informacja, że z trzech lotnisk aglomeracji nowojorskiej (JFK, Newark i La Guardii) można dolecieć niemalże do każdego zakątka Stanów, nie jest żadnym odkryciem, natomiast warto pamiętać, że Nowy Jork jest także doskonale skomunikowany z pozostałymi aglomeracjami północnego wschodu USA drogą lądową i nie chodzi tu tylko o sieć autostrad, ale także gęstą sieć połączeń autobusowych i kolejowych.

Kolej w USA nie jest najpopularniejszym sposobem przemieszczania się po kraju – sieć kolejowa w Stanach Zjednoczonych nie jest gęsta, a Amerykanie chętniej wybierają podróż samolotem lub samochodem. Północno-wschodnie stany, a w szczególności aglomeracja nowojorska stanowią tu wyjątek – tu sieć kolejowa jest doskonale rozwinięta, a podróże koleją popularne.

Warto zwrócić uwagę, że Nowy Jork jest doskonale skomunikowany z sąsiednimi stanami, np. takimi miastami jak New Haven (siedziba Uniwersytetu Yale), a także m.in. w Filadelfią (nieco ponad godzinę pociągiem), Baltimore (ok. 3 godzin), Waszyngtonem (ponad 3 godziny) i Bostonem (4-5 h).

Z uwagi na powyższe Nowy Jork z pewnością jeszcze nas będzie gościł, choćby na kilka dni.